Coraz ciszej i ciszej, choć opornie, umilkł w koń­cu, niby morze, tłum wytworny i słuchać poczęto, z pozornem zajęciem...

Wreszcie, w ciszy względnej jeszcze, odezwały się pierwsze akordy, a w ślad zatem obił się o ściany salonów i uszy słuchaczy melodyjny, o cudnem aksamitnem brzmieniu, kontralt kobiecy. Złączona w harmonijną całość z muzyką fortepianu, rozległa się, zadrżała uczuciem włoska pieśń namiętna i jak świeże tchnienie z pod nieba Italii, spłynęła urocza, na rojną masę gości...

Wstrząsnąwszy zaś gamą tonów przepełnione salony, poleciała pieśń czysta, skrzydlata, daleko - wyrwała się przez okna na ulice miasta potężna, silna, wcisnęła się do każdego zakątka mieszkania Dzier­żymirskich - zbudziła swym czarem dalekim siedzą­cego w zadumie w jednym z najbardziej oddalonych fumoir'ów, Romana.

Podniósł głowę instynktownie, wsłuchał się w modulowaną artystycznie pieśń i westchnął po kilkakrotnie...

Korzystając ze zwróconej ogólnie uwagi na ma­jący się rozpocząć wkrótce popis koncertowy, Dzierżymirski znużony schronił się był tutaj.

Myśli dłużej go przytrzymały. Teraz zaś, sły­sząc daleki, cichnący stopniowo szmer tłumnego zebrania, a później wyraźne tony pieśni znakomitej śpiewaczki, złagodzone oddaleniem, piękne, marzące, drgające uczuciem i siłą - Roman, w milczeniu słuchał nieporuszony - jakby zaklęty... I odejść stąd nie chciało mu się wcale...

Poddając się bowiem urokowi słuchanej pieśni, poruszały się, trącone jakby czyjąś dłonią z lekka, ja­kieś struny w jego duszy, kwiliły cicho, grały...

Tymczasem namiętny glos Włoszki rósł, potęż­niał...

Wreszcie w pożegnalnym rytmie ostatnie, do­nośne, słowa pieśni zabrzmiały - polały się lawą jakby ekstazy, rozkoszy, upojenia, wstrząsnęły ścianami cichej komnaty, a dobiegły aż tu, pod stopy Dzierżymirskiego, i zgasły...

Nastała drobna chwilka zupełnego milczenia, poczem, zgłuszony nieco oddaleniem, zabrzmiał oklask przeciągły, długi, szczery...