- No, to mam nadzieję - opowiadał uprzej­my gospodarz dalej - że będę jeszcze miał okazyę przedstawić panu prezesowi moją żonę i córkę... Dziś pojechały do Versailles. Panu prezesowi wiadomo zapewne, iż w pierwszą niedzielę każdego miesiąca puszczają wodę ze wszystkich fontann w Wersalskim parku... Widok zaiste bywa wówczas wspaniały. C'est charmant!.. - zatrzymał się chwilę i sięgnął po ze­garek do kieszeni. - O! trzecia już dochodzi... Nie­bawem wrócą...

Dzierżymirski tymczasem, słuchając, nie słuchał, pogrążony wciąż w myślach. Naraz twarz śniada je­go ożywiła się, przeleciał po niej promień... Strze­pując delikatnie popiół z cygara, przemówił z wolna:

- Proszę pana... - zatrzymał się. - Za niedyskrecyę popełnianą może, najmocniej przepraszam... Czyżby pan nie był rad powrócić do kraju..

I Dzierżymirski badawczo spojrzał w twarz Orlęckiemu, czekając odpowiedzi, jednocześnie my­ślał.

- Każdy Polak na obczyznie tęskni za krajem, pewnik; dlaczegobym ja nie miał użyć tego sposobu do osiągnięcia mego prywatnego celu? No, zo­baczymy...

Orlęcki zaś już mówił:

- Czy ja nie pragnąłbym powrócić do kraju? Ależ, panie prezesie, to moje najgorętsze życzenie! pragnienie żony mojej, córki - codzienne marzenie nas wszystkich! - dokończył, z zapałem.

- No, dobrze, mam cię!.. - przeleciało przez umysł Romana.

- Czy wolno zapytać jeszcze - przemówił - o rzecz jedną, a mianowicie... Czy życzenie to państw ­- marzenie - poprawił, z uśmiechem - ma już dotąd jakie pewne i konkretne podstawy?..

Orlęcki na te słowa spuścił wzrok ku ziemi.