Lecz oto niespodzianie fakt na pozór drobny pomieszał mu całkiem szyki - zadzwoniono. Gadatliwy Orlęcki, rozpoczynający właśnie, mało już obchodzący teraz Romana, dalszy ciąg swych życia kolei, przeprosiwszy, wybiegł do przedpokoju, w ślad za tem rozległy się dwa głosy kobiece, szelest okryć i sukien damskich. Rozbierano się, potem szeptać zaczęto, po chwili zaś znów dwa wykrzykniki zdziwienia i radości obiły się o słuch Dzierżymir­skiego.

Słysząc je, skrzywił się Roman nieznacznie, chrząknął i znudzony zbliżył się powoli ku oknu salonika. Nie trudno było domyśleć się, że tam, w przed­pokoju, ten "poczciwy" Orlęcki wygadał już rodzinie swej niemal wszystko.

- Wpadłem! - pomyślał Roman, i zdenerwo­wany, stuknął palcami w powietrzu.

Drzwi zaś poza nim roztwierały ­się już spiesznie. Odwrócił się.

Naprzeciwko niego szły dwie kobiety, zaróżo­wione, uśmiechnięte. Jedna z nich, starsza, brunet­ka, piękna jeszcze, dobrze zakonserwowana, - druga, dziewczę młodziutkie, szesnastoletnie zaledwie może, hoże i świeże...

- Prezes Roman Dzierżymirski, nasz obecny zbawca, opiekun, a jak ci mówiłem przed chwilą, najszlachetniejszy z ludzi, których dotąd w życiu po­znałem! - przedstawił szumnie Orlęcki gościa żonie, głosem ciepłym, jakby wzruszonym jeszcze od dozna­nych z przed chwili wrażeń.

Skłonił się Dzierżymirski, a na dźwięk ostatnie­go zdania lekki rumieniec pokrył mu lica. Wstydził się za swe myśli - za siebie...

Tymczasem ruchem wspólnym, uprzejmie wy­ciągnęły się ku niemu dwie małe kobiece rączki.

- Bardzo mi miło poznać pana, bardzo miło! - ­mówiła, ściskając dłoń jego, pani Orlęcka. - Tembardziej, że jak mi właśnie mąż powiada, pan pre­zes staje się aniołem opiekuńczym naszych losów, przyszłości - zwiastunem, iż zobaczymy kraj nasz, za którym ciągle tak bardzo tęsknimy! - kończyła wzru­szona.

- Moja córka, Mita - przedstawiła z kolei Ro­manowi młodziutką pannę.