- Żegnam panie! - wyciągnął uprzejmie rękę do pani domu, a następnie do panny.
Ta ostatnia podała mu ją, z niewysłowionym wdziękiem i cicho rzekła:
- Przyjm pan, panie prezesie, i ode mnie szczere podziękowanie za to, co czynisz dla ojca mego... Jesteś szlachetnym, dobrym i wdzięczność moja nie zapomni panu tego - nigdy!..
- Szczęściem prawdziwem dla mnie, że i pani będzie z tego korzystać... Bo, o ile zgaduję, pani tu chyba najwięcej wrócić by rada do rodzinnego kraju?..
- O! tak... - przyznała, z zapałem, szczerze: Wykołysały mnie nasze łany i lasy, wychowała ta ziemia nasza, tak piękna chyba, jak żadna!..
Z sympatyą, spojrzał Roman na dziewczę, i skłoniwszy się raz jeszcze, zwrócił się z kolei do Orlęckiego.
- A do kochanego pana to mam jeszcze i interesik drobny... - wziął gospodarza za ramię i poprowadził ku oknu:
- Rzecz przedstawia się, jak następuje - rzekł, o ile mógł, najpoważniej. - Na zasadzie jednego z paragrafów ustawy, urzędnikom nowego banku, naturalnie protegowanym, daje się z góry na instalacyę... Kwestyę te jednak obmówić trzeba poprzednio na zebraniu. Otóż, ponieważ pan, pomimo, że bank nie funkcyonuje jeszcze, za miesiąc najdalej musisz już być na miejscu, a to, w celu ulokowania się i objęcia, de nomine, wakansu ofiarowanej posady, ja zaś dopiero za miesięcy kilka tam będę - zatem...- Roman urwał, dobierając jakby w umyśle wyrazów. - Zatem - powtórzył - awansuję tu kochanemu, panu przekazem, sumę właściwą... Przypuszczam, będzie ona odpowiadać mniej więcej kwocie, którą w swoim czasie przyznają panu na zebraniu Rady... Cóż, zgoda? Dobrą myśl miałem? - dokończył Roman.
- Ależ z kochanego prezesa anioł prawdziwy, nie człowiek!.. - wykrzyknął Orlęcki i po staropolsku, uścisnąwszy go szczerze, podziękował, z zapałem.
- Klociu, czy słyszysz? - zawołał na żonę. Pan prezes na instalacyę awansuje mi, przekazem! - i szlachcic poinformował dobrodusznie, szczegółowo małżonkę o wspaniałomyślności Romana. Nastąpiły w ślad za tem ponowne podziękowania, wykrzykniki...