Odcięty w podróży od zwykłego, pełnego czynu, życia, pochłaniającego go całkowicie - Dzierżymirski poczuł nagle potrzebę nieodzowną, konieczną, odwrócenia jątrzących mu mózg myśli czemkolwiek, uciekał się więc znowu do koicielki-sztuki.

Niebawem przez jedno z licznych wejść wcho­dził do jej świątyni, pogrążonej w milczeniu, tchnącej­ majestatem zapatrzonych w siebie tworów ludzkiego geniusza, szybującego na skrzydłach artyzmu we wszelakich jego odmianach i fazach - wcielające­go piękno, by szło, niby tchnienie żywe, do dusz ludzkich, umiejących wznieść się i oderwać od po­ziomów!

Znajdował się w salach dolnych. Zabytki sta­rożytnej rzeźby romańskiej, greckiej otaczały go zewsząd. Setki ich z epok różnych patrzyły na niego piękna wyrazem, ręką mistrzów zakutym w kamień i marmury...

Dzierżymirski, rozglądając się wokoło, szedł wolno, zamyślony.

Jak w kalejdoskopie, przesuwały się wciąż kolejn­o przed nim posągi, coraz piękniejsze.

Tutaj więc wychylały się oto rzędem ku nie­mu biusty i srogie oblicza wszystkich prawie imperatorów rzymskich - tam znów wykwintnie modelo­wanem ciałem pochylały, gięły posągi Apollinów - rzymskiego dłuta, o rysach grubszych, pełnych męskości i siły, - greckiego, traktowane daleko subtel­niej z finezyą, o ciele jakby miękkszem i drobniej­szem, przedziwnie wykończone w szczegółach i wy­razach twarzy...

W oddzielnej sali, naprzeciw siebie, drzemały, na wzór oryginałów w Watykanie, olbrzymie odlewy, z bronzu: śpiącej Aryadny, Laokoona, Apollina i Dyany; dalej znów, z Tripolisu w Afryce sprowadzona, bez końca nóg i głowy, unosiła powabnie draperye piękna Venus, bieliły się bez liku dziesiątki rzeźb pomniejszych - stał Apollo z Lycyi, oparty o pień, koło którego obwijał się wąż zdradliwy... Apollo z Paros, patrzył łagodnie na widza; o rysach drob­niutkich, w draperyi fałdach - wdzięczyła się grecka muza...

Dzierżymirski, z powodu braku czasu spieszyć się zmuszony, szedł pomimowolnie szybko, zatrzymu­jąc się jednak co chwila to krócej, to dłużej, znie­wolony ku temu pięknem, hojną ręką i dzięki nie­strudzonym zabiegom, nagromadzonemu, tak obficie wokoło.

Tak więc, pomiędzy wieloma, wieloma innemi zajęła go jeszcze rzeźba Tyberyusza cesarza, okrytego fałdami togi, z ręką wyciągniętą przed siebie, w oratorskim geście, tak wymownie, iż zdawało się, że oto już zaraz przemówi... Tam znów uwagę zwró­ciły dwie postacie kobiece, zabytki, przeniesione z gre­ckich cmentarzy. Jedna z nich, owiana szatą przej­rzystą, w stojącej postawie, zadumana smętnie, - druga, w takiejże pozycyi, z wieńcem laurowym na głowie, w bolesnem pogrążona skupieniu, z prześli­cznie przytem wyrzeźbionem obliczem, przybrana w draperyę, której fałdy, wykończone subtelnie w marmurze, za lada powiewem poruszać się w oczach zdawały.

Dzierżymirski wpadł w labirynt sal, salek, i szedł coraz dalej i dalej... Jednocześnie poddawał się stopniowo coraz bardziej urokom sztuki, a przypatrując się ciągle, z uwagą, okazom starożytnego dłuta - zapominał coraz bardziej o dręczących go myślach z przed chwili; czarne i smętne niepostrzeżenie pierzchały one cicho...