I niebawem Romana znowu zajął marmurowy posąg z wyspy Paros... Przedstawiał on Aleksandra Wielkiego, z połową włosów złamaną i biustem, bez rąk, z twarzą natomiast zachowaną doskonale. Póź­niej zachwyciła go z kolei "Venus accroupie" w mar­murze, również bez rąk, ze śladem na plecach odła­manej rączki Amora, potem znów dziesiątki rzeźb innych, jedne charakterystyczniejsze, piękniejsze od drugich...

Po chwili, oparty o pień drzewa, zatrzymał go jeszcze, względnie do otaczających maleńki bardzo posążek, zatytułowany "Amor, jako Hercules", następnie inny: "Walczący Gladjator", a w końcu, cudna w swej prostocie, postać muzy poezyi lirycznej: "Polymnie..."

Była to rzeźba wziętej z profilu kobiety, opar­tej, w zadumie, bokiem o kolumnę, w zwojach fałdzistej draperyi. Głowę pochyloną miała nieco, a upiększały ją włosy, falujące z lekka w marmurze, jedną rączką podpierała oblicze, natchnione, o rysach drob­nych i subtelnych - drugą dotykała niedbale swej sukni, z ujmującym wdziękiem...

Wymijając tłum nieruchomych posągów, gubiąc się wśród tych rzeźb, zadumanych, cichych, śniących jakby o wielkiej swej przeszłości - znalazł się wreszcie Roman niebawem w salce kwadratowej, małej, gdzie, otoczona sznurową baryerą - na wzniesieniu, ubranem bordo tkaniną, stała, królując, zda się, nad wszystkiem dokoła, perła zbiorów posągowych Lu­wru - Venus grecka z Milo.

Zmęczony nieco, Dzierżymirski usiadł na ławecz­ce, zdjął kapelusz i wpatrzył się w stojącą, bez rąk, półnagą postać z marmuru.

Pozornie kroczyła ona...

Wprzód pochylona niedostrzegalnie, przytrzy­mując fałdów upadającej w pasie draperyi, zdawało się, że idzie, z szyją swą, wyciągniętą nieco naprzód, z oczyma przymrużonemi jakby, z włosami, karbowa­nemi z lekka i uwiązanemi z tyłu w węzeł, z twa­rzą blondynki, anielską - boską!..

Od twarzy tej i półciała nagiego do draperyi, Dzierżymirski oczu oderwać po prostu nie był w stanie...

On w oblicza tem czytał - a przynajmniej tak mu się w danej chwili zdawało - zapatrzenie się w siebie i dumę, ale zarazem i słodycz, zakutą w przedziwnej regularności rysie każdym, i choć sam osobi­ście nie odczuwał w rysach twarzy tej silnego pro­mienia wewnętrznego, jak zadumy lub marzenia - to jednak piękno linii królowało w nich - tak nie­podzielnie, że zachwyt tylko wzbudzać mogło... A ciało?..

Po prostu żyło ono, nie tylko zaś nagie, dla oka widoczne... Z przodu, pod fałdami draperyi - czyniącej wrażenie, iż spada - w kilka zaś zgięć karbowanej z tyłu - tętniło ono, ożyłe jakby, nie martwe, w ruchu kroczącego, wzniesionego nieco kolana, w odkrytych piersiach i biuście bez rąk, przegiętym w prawo z zachowaną przedziwnie w marmurze, miękką, jak w ciele żywem - subtelną linią prze­gięcia...