Ze stepu tymczasem, z łanów, płynęły wonie zbóż, i polnych kwiatów; żaby i chruściele odzywały się w moczarach łączki - czar letniego gasnącego dnia chwytał za duszę...
- Wie pan, żeśmy porządnie od domu daleko! - pierwsza wesoło zaśmiała się Ola.
- A tak? - zadziwił się niby Topolski. - To wracajmy! - rzekł niechętnie.
Zawrócili. Szli wolno czas jakiś, pomimo woli zamyśleni.
- Tak, pani - przemówił Topolski, snać błądząc jeszcze myślą hen, daleko, na szczytach Alp, w Szwajcaryi - wrażenie to było tak silnem, iż nie zapomnę go do końca życia. - I wie pani? - dorzucił, z uśmiechem dziwnym i nagłym - o czem mimo woli pomyślałem w owej uroczystej chwili, gdy pierwszy promyk słońca ozłocił cypl śnieżny "Mont Blanc?" Nigdy pani nie zgadnie.
- No, ciekawam bardzo? - zapytała Ola i spojrzenie piękne utkwiła w twarzy młodego człowieka.
- O kobiecie!.. - odrzekł Topolski, i zaśmiał się; nie otrzymawszy zaś na to żadnej odpowiedzi, spojrzał po chwili spod oka na Olę.
Z pięknej twarzy młodej kobiety, jakby odpędzany umyślnie, pierzchał cień wyraźnego niezadowolenia; Topolski się spostrzegł, iż postąpił niezręcznie, wiedział bowiem z wieloletniej praktyki doskonale, że nie należy nigdy wobec kobiety, o której względy ci chodzi, wspominać dobitnie, że przed nią była inna. Poprawił się natychmiast.
- To jest... źle mówię!.. - rzekł seryo całkiem, uśmiechnąwszy się atoli w duchu do siebie - o kobiecie, nie jednostce, bynajmniej myślałem wówczas, ale o ogólnym w niej symbolu kobiecości!..
- Jak to! nie rozumiem dobrze pana... - zdziwiła się Ola. - Cóż bowiem wspólnego ma wschód słońca...