- O, i bardzo! - przerwał Topolski - przynaj­mniej dla mnie... Bo gdy, stojąc na wysokościach niebotycznych, - ciągnął, zapalając się do słów własnych - ujrzałem nagle, jak zaróżowiona silnie ju­trzenka prysła snopem promieni, jak całując jakby po ­prostu okoliczne szczyty, niepokalane, śnieżne - objęła w ramiona zwycięskie świat cały, tak rozpromie­niony za jej przybyciem, tak wyraźnie szczęśliwy! - Topolski umilkł na chwilę...

- Skojarzeniem myśli, może dziwnem w istocie w Chwili danej - kończył już spokojniej - porównałem majestatyczne, królewskie słońce do uczucia ko­biety - miłości bezbrzeżnej, wielkiej, która również swą potęgą i blaskiem rozjaśnić, uszczęśliwić może człowieka, tak, jak "ono," tam, na wysokościach - świat cały!..

- Och, jakiż poeta z pana! - zauważyła, z uśmiechem, Ola i umilkła, poczem jednak dorzuciła całkiem poważnie:

- Aczkolwiek mnie osobiście na razie myśl ta do głowy nie przyszłaby może, gdybym się tam znajdowała na pańskiem miejscu, rozumiem ją jednak i odczuwam doskonale...

- Prawda? - uradowany mimo woli podchwycił Topolski. - Pani przyznaje - ciągnął, - że egzystuje poniekąd w pojęciach tych analogia pewna... Słuchając pani jednak, przychodzi mi do głowy jedno spostrzeżenie... - zatrzymał się...

- Musiała pani - i instynktownie Topolski na­dał głosowi brzmienie łagodne, czułe - w życiu swem kochać kogoś bardzo...

- Dlaczego? - zapytała z uśmiechem Ola.

- Bo inaczej nie zrozumiała i nie odczułaby pani wrażenia mego! - rzucił po francusku Topolski.

- Kochałam! - odparła stanowczo, w tymże ję­zyku, Ola.

- Kogóż, jeśli spytać wolno i jeśli to nie jest żadną tajemnicą stanu?