- Męża! - odparła po polsku, lakonicznie Ola, patrząc ironicznie nieco Topolskiemu prosto w twarz. Ten ostatni skrzywił się z lekka.
- Ach, ja nie myślałem o tem zgoła... Męża powinno się kochać... Zresztą - uśmiechnął się złośliwie - użyła pani czasu przeszłego... Kochałam, j'ai aimé - ciągnął ironicznie, - wszak, o ile mnie pamięć grammatyki francuzkiej nie zawodzi, to passé défini... - zaakcentował wyraz ostatni.
- Och, jakże pan łapiesz za słowa! - zaśmiała się nieszczerze trochę Ola. - Przy tem zapragnąłeś pan pochwalić się znajomością francuskiej grammatyki, i nie udało się... J'ai aimé - to passé, indéfini - odcięła.
- Ach, alors votre amour, madame... est indefini? - nie pozostał dłużnym Topolski.
- Ech, nieznośnym się pan stajesz! - zaśmiała się młoda kobieta. - Ot lepiej, niech pan spojrzy na prawo - wskazała ruchem ręki niebo, widocznie pragnąc zmienić temat rozmowy. - Jakie piękne chmurki, nieprawdaż?..
Topolski wolno zwrócił głowę, we wskazanym kierunku.
- Prześliczne! - potwierdził.
Niby zaróżowione, zdrowe, w aureoli złocistych włosów, buziaczki zasypiających rzędem obok siebie smacznie dorodnych dziatek, układały się do snu na niebieskawo-perłowem tle nieba obłoczki małe, koralowo-złote, - zaklęte jakby cudownie w ostatnim odblasku śpiącego już słońca.
Dłuższy czas stali Topolski z Olą, zapatrzeni w grę świateł wieczora; po niejakimś czasie, odwróciwszy wzrok od nich, kobieta spojrzała przed siebie.
- Regardez! - przerwała milczenie swym mile brzmiącym głosem. - Wszak to Krasnostawski, prawda? - zwróciła się do towarzysza, pokazując mu ruchem głowy zbliżającego się pędem ku nim jeźdźca.