I Ładyżyński wzruszył ramionami, poczem z wol­na skierował się ku pałacowi.

Pozostała zaś trójka była już daleko. Topolski podawał kornie ramię marszałkowej, Ola szła obok niego - rozmawiali wszyscy żywo i wesoło; niebawem znaleźli się na werandzie i usiedli, zmęczeni nieco przechadzką.

Topolski, zatrzymany i uproszony przez panie, zostawał na noc w Gowartowie, obecnie zaś namawiał Olę do zagrania na fortepianie.

- Ale kiedy mówię panu - broniła się, śmiejąc, młoda kobieta, - że teraz właśnie czuje się niemożliwie usposobioną do muzyki... Upewniam pana, iż go boleć będą uszy!..

- O, mnie nigdy! Chyba pana Emila? - od­parł Topolski.

Ładyżyński nie znosił muzyki. Nazywał ją zaw­sze "gnębicielką i pierwszym stopniem do histeryi i neurastenii."

- Jeżeli nie dla mnie - nachylił się w tej chwili Topolski ku siedzącej obok Oli - to niech za­gra pani dla pana Emila za to, że nam ciągle swem towarzystwem przeszkadzał...

- Przeszkadzał?.. w czem? - spytała Ola, z uśmiechem i zalotnem błyśnięciem oczu.

- Powiadają, iż przysłowia są mądrością na­rodów, a jedno z nich mówi pono: "mądrej gło­wie, dość..." i.t.d. Pani nie zrozumiała - to trudno.

- Ha, ha, ha! - zaśmiała się Ola - zdrobnia pan przysłowia, stosownie do okoliczności, ale bogi odmówiły panu talentu rymowania. Ja szczerze zupełnie powiadam, iż nie zrozumiałam pana.