- Cóż to pan, jak widzę, prócz ptaków tylko o sobie nie zapomina, a nas z panią marszałkową z żyjących wykreśla! - półżartem, półserjo odciął pa­nu Emilowi Topolski.

Ładyżyński nie odpowiedział; wszedłszy do nie­oświetlonego salonu, gdzie grała Ola, odezwał się w ukłonie:

- Wszak pani pozwoli, nieprawdaż?... Bym zagrał sobie prozaicznie, terre ŕ terre, w karambole sam ze sobą... Czy zgrzeszę bardzo?

- Mais pas du tout, owszem... Staraj się pan karambolować w takt gry mojej; może tą drogą wreszcie nauczysz się pan kiedyś odczuwać muzykę...

- O, dzięki ci, pani! - trzymając się za serce, skłonił się pan Emil i zadzwoniwszy na lo­kaja, kazał zapalić światła w bilardowej salce, a po chwili, cały zatopiony w grze, z pietyzmem wykony­wać zaczął karambole.

Pieśnią Schumana rzewną skarżył się cicho te­raz fortepian, płakał, smucił się żałośnie... Ola gra­ła pięknie, z techniką i uczuciem. Siedzący na balkonie Topolski łowił tony z lubością, przez grzeczność tylko prowadząc rozmowę z marszałkową i klnąc zarazem w duszy jej obecność, przeszkadza­jącą mu we flircie z Olą.

Niebawem wybiła w ciszy domu godzina jedenasta. Staruszka, zmęczona snać całym dniem, powstała ciężko i rzekła:

- No, słuchajcie tu sobie muzyki, moi pano­wie, ja zaś idę spać... A pan Emil gdzie - nie wi­dzę go? - zapytała naraz.

Topolski zauważył dawno, że Ładyżyński postu­kuje na bilardzie; nie chcąc jednak informować o tem marszałkowej, odparł szybko:

- Och, nie, wiem. Wyszedł przed chwilą, wró­ci zapewne niebawem! - i na dobranoc - pocałował, z uszanowaniem, rękę staruszki.