- Co to jest? - zżymnął się w duchu Topol­ski, rozgniewany: - Że też ta kobieta zawsze zbije mnie z pantałyku! - Nie wiedział po prostu, co mówić dalej muzyka zaś jednocześnie łagodna, płynąca

miękko z pod palców kobiety, nerwową, drażliwą naturę jego nastrajała dziwnie na nutę, wręcz przeciwną słowom, jakie ­same cisnęły mu się do ust przed chwilą...

- Jednak, jak ona, niecnota, zna mnie, do­brze! - zauważył jeszcze w myśli, spojrzawszy z pod oka na Olę, która, z błąkającym się w kącikach ustek uśmiechem, grała właśnie, z uczuciem, coraz, subtel­niejszem, miękkszem, aż fortepian martwy skarżyć i płakać się zdawał.

Po chwili, Topolski przemówił znowu, głosem jednak już całkiem innym, niż poprzednio:

- Pani się śmieje, tymczasem to, co mówię, wszak takie naturalne...

- Na - tu - ral- ne! - przedrzeźniła lekko Ola. - Ha - ha - ha! - zaśmiała się - vous ętes incomparable!..

- Permettez! - przerwał porywczo nieco męż­czyzna - niech skończę...

- Ależ słucham, słucham od kwadransa, et vous n'en finissez pas. Więc, jakież ultimatum?

- Bardzo proste. Odczuwamy się z panią wza­jemnie, rozumiemy, jak rzadko kto może... Dusze nasze - to jakby niewidzialny kamerton, który, za uderzeniem myśli, uczuć nam wspólnych, brzmi zaw­sze jednakowo... A mąż i żona przecież, poza...

- Ha, ha, ha.. .- urwała przezornie O1a. - Otóż mylisz się pan zupełnie, bo ja, na przykład teraz, nic, ale to nic pana nie rozumiem...