To przelękniony hałasem i płomienistą łuną, pędzi wprost na nie kary, półkrwi arabskiej, ogier, wyrwawszy się z pozostawionej bez opieki stajni.

Ucieka strwożony, błędny... Wyminąwszy zaś rozpierzchłą gromadkę, umyka przed ogniem i ludź­mi do parku, budząc jego drzemiące cisze przerażo­nem rżeniem.

Jednocześnie na czele kilkunastu tomaszowieckich fornali, wpada przez bramę, z impetem, Krasnostawski, a z przybyciem jego wszystko wre dokoła, ze zdwojoną energią.

I oto niebawem krwawa ściana ognia, wzbijająca się ku niebu, miejscami złocista, tam znów, ni­by krepą, przesłonięta czarnym gryzącym dymem, zaczyna zniżać się, zmniejszać powoli... Już obecnie huk pożaru coraz częściej przerywają syki gasnących płomieni - opanowany nieco żywioł mniej groźnym się staje, pokornieje, cichnie...

Lewe podłużne i największe pałacowe skrzydło pali się jeszcze, płomień nadal zwycięsko sieje tam zniszczenie, prawą stronę jednak domu ugaszono już zupełnie. Z płaszczącego się tu dymu wyłaniają się teraz białawe, osmalone mury; wśród zgliszcz, już zwęglonych, pełzają jeszcze tam i ówdzie ogniste węże, całując lubieżnie, liżąc ścian poczerniałych podnóże.

I w porównaniu gwaru, zgiełku, które panują u płonącego w dali pałacowego skrzydła - cisza króluje tu względna...

Tam ruch, krzyki, krzyżujące się rozkazy, łuna ognia, huk jego, syk, oraz zupełne oddanie się wszyst­kich całkowicie dławieniu i walce z żywiołem...

Tu - srebrzące się, czyste promienie jaśniejącego wysoko na niebie niepokalanie miesiąca, co błyszczą na okopconych ścianach, stanowiąc dziwny w sobie, a pełen spokoju, kontrast, z wrzawą i krwawo-zło­cistą pożogą...

Szelest kroków tymczasem przerywa nagle mil­czenie. Za węgłem sterczącego samotnie odłamu murów pogorzeliska, pojawia się Krasnostawski, i stanąwszy w zamyśleniu, śle wzrok badawczy w stronę parku.

- Tam puściłem już w ruch wszystko!.. - mó­wi głośno do siebie. - Dokończą gasić i dadzą sobie radę beze mnie... - mruczy dalej. - Ja zaś ich muszę znaleźć - muszę!..