Ze słów tak szczerych, iż nie mogły nasunąć nawet momentalnej wątpliwości, wyrwanych prosto z bolejącej duszy ludzkiej, dowiedział się Dzierży­mirski o zdradzie Oli...

Chwili tej nie zapomni do grobu!..

Otchłań, zda się, głęboka i bezdenna rozwarła mu się pod stopami, dusić go w gardle poczęło, w głowie powstał zamęt - w piersiach dotkliwy ból!.. Wybiegł jak nieprzytomny na ulicę... Półobłąkany prawie przybył pod stopnie marmurów katedry ­po ukojenie...

Za progiem świątyni, rzeczywiście cudem po prostu jakimś, powróciła mu samowiedza i względna równowaga umysłowa..

I oto teraz Roman porządkować zaczyna ucią­żliwie myśli. Wzrok jego machinalnie błądzi po wspaniałych freskach, z dziełami mistrzów, ołtarzach, marmurowych rzeźbach i pomnikach, zatrzymuje się instynktownie na siedmioramiennym kandelabrze ol­brzymim, kosztownej roboty, w kształcie drzewa... Potem oczy jego spoczywają bezmyślnie na kopule, przed chórem i znajdującej się pod nią podziemnej kaplicy świętego Karola Boromeusza, ozdobionej bo­gato drogimi kamieniami i złotem...

Dzierżymirski sięga nagle do kieszeni i wyj­muje otrzymane listy... usiłuje przeczytać je po raz wtóry...

Przed nim, przeświecane błyśnięciem słońca, zmatowanym blaskiem łagodnie świecą w zmierzchach katedry wspaniałe trzy okna chóru, jak mó­wią, największe na świecie całym.

Niby żywe, patrzą na Romana z okiennych wi­tryn miniaturowe postacie świętych; malowane barwnie na szkle, na małych kwadratowych tafelkach - 350 obok siebie reprodukcyj scen religijnych, wzo­rowanych na najsławniejszych mistrzach wychyla się, płonie setkami kolorów i cieni...

Dzierżymirski wypuszcza listy z ręki i ukrywa twarz w dłonie...

Pod wpływem bowiem jednego rzutu oka tylko na pisma, cierpienie bezbrzeżne i rozpacz tłoczącą fa­lą zalewają mu duszę...