Mieniły się w odblaskach jego dachy i wie­życzki licznych kapliczek, mauzoleów; przez koloro­we wąskie szyby okienek, drzwi i kraty wślizgiwała się wewnątrz ich cicho czerwień promieni, pełzała po mozayce posadzek, muskała ubrane wdzięcznie kwiatami ołtarzyki, kandelabry, posągi i piękne świę­tych obrazy...

Wspaniała wejściowa kolumnada iskrzyła się również tęczą blasków; ściany, dach i wieżyczki położonego na drugim końcu cmentarza "Tempio di Cre­matione" gorzały pąsową grą światła...

A mleczno-białe, ciche i zadumane dotąd sennie posągi pomników ocknęły się po prostu jakby ożyły...

Kształty ich, misternie w kamieniu wykute, ry­sy, odrzeźbione, przebudziły się niby z martwoty dotychczasowej na drobną, przelotną chwilkę - na mgnienie!..

I nie są to już allegoryczne postacie, ni podobizny zmarłych dawno - nie, to wszak żywi ludzie, z krwi i kości! Ciało ich przecież, zaróżowione leciutko, drżeć oto zda się, poruszać, w żyłach krew płynie, usta coś mówią, a oczy ich, rysy, wyrazu pełne, boleją, płaczą, smucą się - myślą!..

Patrzcie... patrzcie!..

Tam, na, wspaniałym grobowcu, po obu stro­nach siedzącej na szczycie, zadumanej symbolicz­nej postaci kobiecej, dwaj aniołowie zalewają się gorzkiemi łzami, szlochają!.. Tu znów, przy innym pomniku, po stopniach jego porusza się, kroczy wzwyż niewiasta młoda, - ku dwóm posągom, stojącym na górze grobowca, prowadzi chłopczyka, ślicznotę, w którego dłoni zaciśnięty kwiatuszek się chwieje... A tam, znów dalej, w innej stronie...

W otwarte drzwi małego mauzoleum, po stopniach schodów wchodzi wolno, szeleszcząc jakby fałdami swej sukni, ze spuszczonym wzrokiem - w trzymany w dłoni różaniec wpatrzona, cudnej piękności kobieta...

I tak dalej, i tak dalej...

Dziesiątki białoskrzydłych aniołów, wdów bolejących, załamujących dłonie, tarzających się gwałtow­nie, czy też pogrążonych w martwocie rozpaczy, - setki biustów, postaci - zda się, w cmentarnej ciszy nucą oto hymn bólu, w zgodnym akordzie z piersi jak­by wyrzucają wszechogólny krzyk cierpienia!..