A promienie zachodu zniżają się tymczasem coraz bardziej...
Purpura ich ciemnieje w końcu, niebawem niknąć powoli zaczyna tam i ówdzie. Zakątki cmentarza dalsze, pod murem, stoją już w cieniach - środkowe kąpią się jeszcze w ostatnich pożegnalnych drgnieniach czerwieni i złota...
Wokoło klęczącego Romana, i obejmującego wciąż w jednej i tej samej pozycyi pomnik, z posągiem matczynym, palą się w całej pełni jeszcze dogasająco słońca blaski.
Dzierżymirski, szukając dalej ulgi w cierpieniu, jak nieprzytomny, wciąż szepcze coś niezrozumiałego do skąpanej w purpurze promieni rzeźby z marmuru... I niebawem, w ciszy, przerywanej tylko łagodnym szmerem poruszanych u drzew liści, drżeć głośniej znów skarga poczyna.
- Nie, matko! - szepce Roman - nie, matko! zrozum mnie, nie gań!.. Ja tam, do nich wrócić nie mogę, to przechodzi siły moje!.. Wszak ja jego, kochanka Oli - tłumaczy się dalej Dzierżymirski - jego, mego wroga, zabić powinienem! A jakże ja to uczynię? Przecież oczyszczać pojedynkiem nawet mego honoru nie mogę! - z goryczą w głosie, niby żywej osobie, perswaduje Roman, coraz ciszej, złamanym szeptem... - Zrozum, mateńko!.. Nie... mogę!..
Milknie na chwilę, poczem urywanym głosem, z beznadziejną rozpaczą, mówi, zwierza się jeszcze... - Tak, mateńko! bo honoru wszak ja... sam... nie... posiadam!..
I Dzierżymirski kończy głucho: - On w twarz mi to rzucić może, jeśli się dowie o wszystkiem, a wtedy?.. Nie, matko! - powtarza głośniej Roman nie żądaj tego ode mnie! - Ja, z piętnem pogardy na czole, bez czci tych tłumów, które ujarzmiłem - żyć nie potrafię!..
A szczególniej z jej... Oli możliwą pogardą - bez jej uczucia żyć - nie mogę!..
I tem kończy spowiedź przed rodzicielką syn zbolały, a po chwili dorzuca, z mocą. - I... nie chcę!!!
Milknie Dzierżymirski, twarzy nie odrywa jednak od marmuru grobowca, pogrążywszy się w jakiemś półodrętwieniu głębokiem.