Podniósłszy do oczu dalekonośną lunetę, wpa­trzył się Roman w rząd domów, położonych nad brzegiem, ku któremu szybko płynący parowiec zbliżał się coraz bardziej. Szukał hotelu swego, i okna pokoju, gdzie pozostawił Olę.

Okno komnaty tej właśnie otwartem było sze­roko. W ramie zaś jego stała kobieta, szatynka, smukła, o jasnem, habrowem spojrzeniu podłużnych, mieniących się oczu, o piersiach wypukłych, wzno­szących się jak fala, a kształtach ponętnych, peł­nych, jakby pragnących gwałtem wydostać się z cia­snych ram opiętej, białej, pikowej sukni. Małe wklęśnięcia po obu stronach wązkich usteczek zdra­dzały przy uśmiechu rozkoszne dołeczki, rączka ma­leńka i dystyngowana całość postaci mówiły wyraźnie o rasie młodej osóbki.

Ola, wypocząwszy w łóżku godzin kilka, wstała­ właśnie przed chwilą, czując, że nerwowy, spowodo­wany upałem i zmęczeniem ból głowy ustaje. Pragnęła po za tem rozerwać trochę myśli, z wyjściem bowiem Romana zasnęła i śnił jej się rodzinny Gowartów i ojciec, jak żywy, tylko jakiś smutny i zbolały.

I po przebudzeniu myśl Oli pobiegła stąd da­leko... Mimo woli sama uleciała do ojczystych obszarów i jarów. Powonienie jej podrażnił wyraźny za­pach polnego kwiecia, ziół i bodjaków, w uszach zabrzmiała melodya cicha szumiących borów, kołyszącego się miarowo stepu - smętna rodzinna Ukra­ina, z poza setek mil, ogarnęła ją tu, pod włoskiem niebem, poczuła, zda się, powiew jej, tęsknoty pełny, do uszu zaś doleciało jakby ginące echo żałosnej dumki, śpiewanej nieuczonym głosem mołodycy...

I smutek ogarnął Olę... Czy wróci tam kiedy, czy wróci?

Wszak podeptała wszystko - jednem szarpnię­ciem się zerwała wszelkie więzy - sama otworzyła sobie przemocą bramę do wymarzonego szczęścia. Tak jest. Bo Ola czuła się przecież rzeczywiście szczęśliwą.

- Biedny ten ojciec jednak, który po swoje­mu, jak umiał, tak ją kochał - myślała dalej. - A droga ciotka Melania i przyjaciel ich, Ładyżyński? Gdzie Gowartów, z którym zrosła się jej dusza ca­ła? Co się tam dzieje? Gdzie oni teraz, ci wszy­scy, tak dotychczas sercu drodzy?..

Rozpamiętując w ten sposób przeszłość, przepę­dziła Ola z godzinę.

Moc upajającej rzeczywistości tak silną była, jednak, że stopniowo ścierać poczęła wrażenie snu i ożyłe chwilowo wspomnienia. Obecnie stojąca w oknie młoda kobieta myślą daleką już była od tego wszystkiego. Obejmując wzrokiem pano­ramę portu i morza - oświetloną Wenecyę, wysepkę z kościołem S-to Giorgio Maggiore, oraz kanały z mknącemi cicho po nich licznemi gondolami, - Ola z niecierpliwością wypatrywała Romana.

Pragnęła już bowiem widoku męża. Przedłużona nieobecność Dzierżymirskiego i w jej duszy zasiała ziarnka niepokoju; tęskniła już za jego piesz­czotą, zapragnęła czułości i pocałunków...