Publiczności nie było już prawie, po platformie kawiarni, ziewając, przechadzała się służba. Zawoławszy kelnera, Roman rzucił mu dużą srebrną monetę, i odprowadzony głębokim jego ukłonem, opuścił zakład kąpielowy.
Niebawem znalazł się na drodze szerokiej, ocienionej drzewami, z szerokiemi po bokach alejami dla pieszych.
W umyśle jego cichł szept przeszłości, niepostrzeżenie, stopniowo, obrazy jej niknęły - teraźniejszość wracała... Przed wzrokiem mężczyzny mignęła naraz rozkosznie sylwetka Oli; pragnienie miłości, życia, silnie nim owładnęło.
Śpieszył się.
Odpędził natrętnego wyrostka, zachwalającego mu świeże ostrygi i jakieś ślimaczki nadzwyczajne; niebawem żachnął się znowu niecierpliwie, ujrzawszy zastępującego mu drogę rozczochranego starego Włocha, z maneżkami, pełnemi pieczonych homarów i drobnych raczków.
Po bokach drogi, w licznie rozsypanych restauracyach, roiło się od spożywających i zapijających wino ludzi, z oddali dolatywało echo muzyki. Roman, przyśpieszając bezustannie kroku, wyrzucać teraz począł sobie, że zostawił żonę samą; niepokoiła go myśl uporczywa, iż nie cierpi ona może na migrenę, lecz, że to początek zapewne słabości zupełnie innej; wszak wszystkie choroby zazwyczaj rozpoczynają się bólem głowy.
Po co tu przyszedł?... By bezużytecznie odgrzebywać minione chwile? Ależ to nonsens zupełny. A tam ona, Ola, sama zupełnie - niewątpliwe chora!..
Miłość pani, z całem bogactwem bezpodstawnych swych wzruszeń i niepokojów, zawładnęła niepodzielnie Dzierżymirskim.
Spojrzał na zegarek - dochodziła dziewiąta. Przed nim już bardzo blisko widniały dwie małe platformy przystani; pełne były ludzi, przed jedną z nich stał parowiec, gotowy do odejścia. Dzierżymirski w obawie, że się spóźni, puścił się pędem, i spotniały dobiegł do przystani w tej samej właśnie chwili, gdy na pokład odrzucano już sznur gruby, przytrzymujący parowiec. Wskoczywszy nań szybko, Roman znalazł się pomiędzy natłoczoną ciżbą ludzi, jak głośny rój pszczół gwarzącą pomiędzy sobą, ze śmiechem i giestykulacyą.
Otarłszy pot z czoła, Dzierżymirski wsparł się o poręcz balustrady pokładu. Boki statku łagodnie pruły fale; oddzielona ciemną tonią, w bliskiej już odległości mrugała kręgiem świateł rzucona na wód obszary Wenecya.