Wówczas rozpoczęło się dlań nowe życie...

Przede wszystkiem wracał spokojny. Niezrozu­miały na razie, subtelny bardzo, posiadający jednak pewną podstawę ściśle logiczną, owładnął nim wtedy w duszy proces dedukcyjny, i zwyciężył.

Roman Dzierżymirski, cały pogrążony w swych wspomnieniach, odsłonił twarz, machinalnie powstał, i oparłszy się o balustradę, wpatrzył w bezmiar morza, coraz ciemniejszy i cichszy.

- Tak, zwyciężył! - myślał Roman dalej. Zdawało mu się bowiem wówczas, że nie jest tak bardzo winnym.

- Te pieniądze są teraz moje, "prawdziwie" moje - powiedział sobie wtedy, doszedłszy do tej pewności całem poprzedniem skojarzeniem wywodzeń. A mianowicie: Złoto znalezione wszak przegrał; sto­piło się ono, znikło, zlało w całość jedną z morzem przegrywanych w jaskini gry pieniędzy. Mienie zaś jego obecne - to była tylko wygrana z pożyczki Amerykanina, a zatem suma grosza, niemająca już bezpośredniego, dotykalnego związku ze znalezionym portfelem.

Jemu, Dzierżymirskiemu, w dziedzinie sumie­nia wyrzutów, dociekań, zwątpień, ubywał jeden szkopuł poważny - nie dotykał się on już wyjętego z "cudzego" pugilaresu grosza. Niezaprzeczenie przytem należał do niego ten pieniądz, ślepą igrasz­ką losu nabyty; podwaliną zaś, przeszłością tylko fortunki tej było przywłaszczenie.

Pozostawał fakt, wprawdzie już daleki, znale­zienia i nieoddania - pozostawało niezmienne przekroczenie etyki ludzkiej, i uczciwości ze strony jego, jako jednostki społecznej - niczem niestarta, wieczna tego plama, ale w ówczesnem przynajmniej przekonaniu jego, to wszystko znośniejszem, nie tak piekącem, lżejszem bez porównania było od odległego strasz­nego wczoraj.

Z głową podniesioną zatem do góry, pokrze­piony powyższymi w swoim rodzaju sofizmatami, rozejrzał się wówczas po świecie i począł działać. Rozpowszechniwszy, za pomocą ponownie odnalezio­nego przyjaciela i dawnego kolegi-światowca, po­głoskę o dziedzictwie niespodzianem, a dość pokaź­nem, po stryju, zmarłym w Stanach Zjednoczonych, rzucił się w wir zabaw eleganckiego świata, w celu zbliżenia się do Oli. Dopiął togo, zawładnąć jej sercem potrafił, oświadczył się o jej rękę, odrzuco­nym został, i...

Powierzchnia morza spokojną już była. Obo­jętna całkiem równomiernie i łagodnie uderzała fala o podnóże werandy - milczała cicha...

Dzierżymirski obudził się ze swych myśli, za­nurzył ręce w bujnej czuprynie, głową wstrząsnął, jakby pragnąc odpędzić roje wspomnień, i odwrócił się od wodnej toni.