Wreszcie wyczerpały się wszystkie jego wła­sne fundusze, parę ostatnich lekcyi stracił bezpowrotnie; głód zajrzał do jego izdebki... Nie było rady, napoczął wówczas cudzego złota.

Jakby to było wczoraj, dziś zaledwie, pamięta wyraźnie te tygodnie męczarni, bojaźni, wyrzutów, gdy siłą okoliczności zmuszonym został „żyć" z mienia przywłaszczonego... Pamięta swą trwogę dzie­cinną przy zmianie pierwszej sztuki znalezionych pie­niędzy, i innych, następnych... Widzi siebie, jak na­umyślnie zmieniał je na drugim końcu miasta, jak bał się wtedy własnego cienia, i tak dalej, tak dalej!..

Każda drobnostka żywo, jawnie staje mu przed wzrokiem.

A później znowu w murach rodzinnego miasta wytrzymać już nie mógł!..

Wyjechał. Błąkał się za granicą długo, bez­myślnie, aż dotarł do Monte-Carlo.

Tam, opanowany gorączką złota, widząc, jak strumienie jego, rzeki całe, płyną hojnie wokoło - do gry w ruletę rzucił się z zapałem.

Początkowo miał szczęście szalone. Cudzy pieniądz dwoił się, troił cudownie, pewnego poranku jednak przegrał wszystko co do grosza. Nie stracił jednak odwagi. Dawszy się już poznać w domu gry, jako człowiek bogaty i nierachujący się wcale z groszem, oraz rozpowszechniwszy fałszywą pogłoskę o olbrzymich swych jakoby dobrach, poży­czył u poznanego amerykańskiego miliardera trzy­kroć sto tysięcy franków.

Poręczył za niego pewien lord angielski, z któ­rym się on, Roman, poprzyjaźnił bardzo. Począł grać... Pieniądze Amerykanina, (który, mówiąc na­wiasem, wygrywał w tym sezonie sumy olbrzymie), przyniosły mu szczęście.

Dzięki parokrotnym, a nader rzadkim i nie­prawdopodobnej długości seryom "rouge", oraz kilku wygranym "en plein", pewnego dnia ujrzał się panem miliona franków. Uśmiech fortuny oszoło­mił go na razie. Począł grać ze zdwojoną energią i ryzykiem.

Znowu wygrał kilkakrotnie, lecz z kolei nie­bawem począł znowu przegrywać, z przerażającą szybkością. Opamiętał się. Przyszła chwila rozwagi; oddał dług milionerowi zza oceanu i wyjechał. Względnie był jeszcze wygranym, i to dostatecznie. Przywoził z sobą do kraju blizko sześćdziesiąt ty­sięcy, a wyjeżdżając miał tylko dwadzieścia kilka.