W ciszy zaś względnej, a spowodowanej tym swe­go rodzaju antraktem, ruszały się z miejsc swoich nie­które łodzie, wracając, lub zdążając dalej do innych serenad; na puste miejsce wsuwała się milcząco no­woprzybyła gondola, a publiczność, zebrana w tych zaimprowizowanych wodnych lożach, natychmiast spoglądała ciekawie na swego sąsiada, półgłosem komunikowała sobie uwagi, w rozmaitych językach.

I w cichości powoli milkły, to znów z kolei rozbrzmiewały dalsze i bliższe rozśpiewane barki, wreszcie antrakt się kończył, po wodach kanału mknęła znów ze „sceny" serenady pieśń namiętna...

Słuchały jej echa zdawało się, pobłażliwie i cieka­wie gwiazdki, licznie rozsiane po gwiaździstem niebie południa - słuchały krzyże, i wieżyce licznych świątyni, i zadumane marmury wiekopomnych dworców.

Od czasu do czasu komunikując sobie przyci­szoną uwagę, Roman i Ola słuchali również uważnie włoskich pieśni, nastrój zaś dzisiejszego wieczora rozmarzająco działał na nich. Myśli ich daleko ulatywały, pod wpływem tej nocy, tego krajobrazu nie­zwykłego, a pełnego czaru, i tej niewymuszonej, tchnącej uczuciem pieśni, wyrzucanej z ust ludzi prostych, dziwnie jednak atoli przejmujących się melodyą słów swoich, kochających tak wyraźnie pie­śni owe, narodowe - własne!

Wywołana zatem świeżemi, tak niedawnemi wspomnieniami dzisiejszego popołudnia, myśl Oli biegła nieprzeparcie do stron ojczystych - przymru­żała oczy, i widziała ogród Gowartowski... wyniosłe oblicze ojca...

Romana zaś trapiły z kolei te same, co i nad morzem myśli... Fałsz obecnego położenia, przy­szłość niejasna, zakryta, ciemna, z tajemnicą na dnie duszy ukrywać się zmuszoną, przed okiem najdroższej nawet teraz dlań na świecie istoty, zaciemniały chmurą troski czoło Dzierżymirskiego, mgłą smutku matowały spojrzenie czarnych, rozumnych oczu.

I żal jakiś niezmierny, żal do życia, rozpierał mu piersi, do losu, że, postawił go na tak śliskim i kołyszącym się gruncie, że tylko za cenę tego fałszu i wyrzutów sumienia, pozwolił mu zdobyć to jego dzisiejsze nieograniczone szczęście!

Zatopiony w swem skrytem cierpieniu, Roman od czasu do czasu spoglądał na Olę. Ta, ze spuszczonemi oczami, oparta niedbale na skórzanych poduszkach gondoli, zadumana, również marzyła cicho... Cienie przechodziły, przemykały się po jej wdzięcz­nem, zamyślonem obliczu, czasem na usteczkach za­gaszczał błąkający się uśmieszek.

Roman wtedy z miłością bezgraniczną zatrzy­mywał dłuższą chwilę spojrzenie na ukochanych rysach, i znowu popadał w zadumę, lub słówkiem pieszczoty, albo spostrzeżeniem jakiem przerywał milczenie. Ola odpowiadała mu skinieniem główki - zamieniali pomiędzy sobą zdań urywanych kil­kanaście, i znowu milkli, poddając się nastrojowi ze­wnętrznemu otoczenia i wewnętrznemu dusz własnych. W ten sposób czas mijał.

Powoli, stopniowo rozluźniło się ścieśnione gondol półkole... Z cichym wioseł szelestem i pluskiem ruszonej wody odpływały one jedne po drugich - duże barki sąsiednich serenad ginęły również w oddali, śpiewy ich cichły...