Kilka tylko z nich jeszcze rozbrzmiewało po kanale ostatnimi tony, a między innemi i barka, koło której kołysała się gondola Dzierżymirskich. Z okien i balkonów hoteli poznikały już także liczne sylwetki i twarze gości, w pobliżu, na wieży kościelnej, wybiła rytmicznie godzina jedenasta...
Roman ocknął się pierwszy, dotknął delikatnie dłonią rączki Oli i rzekł:
- Pora już nam, kochanie... prawdaż?..
- Która? - zapytała Ola, zbudzona.
- Jedenasta, moje życie - odparł Roman.
- Już?.. - zdziwiła się Ola, westchnąwszy. To jedźmy, nie sądziłam nigdy, by już tyle czasu minęło...
- O czemże tak dumała moja pani? - zapytał Roman, z uśmiechem.
- A ty? - odpowiedziała pytaniem Ola.
- 0... ja?.. nic ciekawego - odparł pośpiesznie Roman, i jakby pragnąc, by powtórnie nie pytano go o to samo, odwrócił się szybko do gondoliera, informując go, dokąd ma ich zawieźć.
Gondola, wycofana z łatwością z przerzedzonego już kręgu, zawróciła i pomknęła ku oświetlonemu niebieskawym światłem latarni elektrycznych placowi San Marco. Na wieżach odległych kościołów, układającej się do snu Wenecyi, w milczeniu, różnymi tony dzwoniła godzina jedenasta, zdała dochodził jeszcze przyciszony odgłos muzyki...