- Wpół do siódmej! - Zdążymy!..

Dzierżymirski nie podniósł uwagi żony, prze­lotnie spojrzał tylko w jej twarz, a widząc Olę uśmiechniętą, poweselał sam również.

Wydostawszy się z wąskiej szyi ruchliwej ulicy, znajdowali się już oni na kwadratowym placu, obszernym, z trzech stron ramowanym wokoło ko­lumnami pałacu królewskiego. Pod temi kolumnami, w pierwszorzędnych kawiarniach Wenecyi, roiło się od ludzi; na mozajkach, krzyżach, brązowych ko­niach i kopułach bazyliki św. Marka grały promie­nie słońca, u stóp zaś Campanili, dokąd zmierzali Dzierżymirscy, i przed kościołem, pośrodku placu, gruchały i latały setki gołębi, karmionych ręką publiczności. Zapłaciwszy za wejście, Roman i Ola powoli zaczęli wstępować na górę.

Na szczyt dzwonnicy San Marco, oddzielonej od katedry, a strzelającej w górę wysoko i samotnie, szło się nie po schodach, lecz po lekko pochylonej płaszczyźnie spiralnej, nader wygodnej, choć krętej, wcho­dzącego wcale nie męczącej.

Co kilka minut postępującym na szczyt dzwon­nicy Dzierżymirskim migały z prawej strony małe okienka, pozwalające im pochwycić rąbek krajobrazu, ściany zaś wieży przepełnione były licznymi podpisami turystów.

Względnie dość długo, bo powoli, zmęczeni po­przednim pośpiechem, szli pod górę Roman i Ola, zanim dostali się wreszcie na obszerną szczytową platformę dzwonnicy. Prócz sprzedającego w zaimprowizowanym sklepie fotografie i albumiki: "ri­cordo di Venetia," kilka zaledwie osób znajdowało się tutaj. Dzierżymirscy zbliżyli się do balustrady, obrzuciwszy spojrzeniem cały widok, u stóp ich i hen­hen, daleko!...

- Śliczne, prześliczne! - rzekła po chwili Ola półgłosem, z przejęciem, Roman zaś, potakując żonie, wyjął noszoną stale ze sobą lunetę i regulować ją począł.

Słońce właśnie zniżało się ku zachodowi. Z jed­nej strony krajobrazu, na prawo, tarcza jego, ziejąc purpurą, kąpała się promienistymi blaskami w morzu, rozświetlała jego tajemniczą głębię, rozżarzała, na kształt głowni, czerwonawym ogniem zmarszczone grzbiety fal, złotym prostopadłym gościńcem zanu­rzając się stopniowo coraz bardziej w iskrzącą się światłami toń. I zielonkawe, łagodne Adryatyku fa­le, rozchylały się przyjacielsko i gościnnie - roztwie­rały swe nurty do idącego na spoczynek słońca, wód szmerem kołysać się je zdając do snu cichego...

Po bokach fal tymczasem coraz dalej i dalej biegły ostatnie promienie jego; rozlewały się wkoło pożegnalnym odblaskiem - pieściły już morze całe, zapalały na niem miljony barw i odcieni, skośne le­ciały w lewo ku Lido, "giardini publici," słały się krwawiące na dachach i wieżach leżącej w dole We­necyi - i ginęły nareszcie w zamglonej gdzieś dali, tuląc się do majaczących hen, hen, w perspektywie górskich alpejskich szczytów...

Roman i Ola, zapatrzeni, stali nieruchomo, w milczeniu.