Otulony ciszą bezmiarów, tchnący spokojem idącego wieczora, zachwycał ich ten krajobraz.
- Spojrzyj-no, jak smacznie zajadają sobie nasi brudni włosi swoje "pranzo" - rzekła nagle do męża Ola, wskazując ręką spiętrzoną u stóp ich, wśród wąskich kanałów, Wenecyę, i ścieśnione dachy jej domów, gdzie na werandach spożywano właśnie posiłek.
- A, prawda! - potwierdził Roman.
- Zabawnie wyglądają na swoich daszkach, jak liliputy... - zauważył jeszcze i ująwszy ramię żony, zbliżył się znów ku balustradzie od strony morza.
- Patrz! - rzekł przyciszonym głosem, wskazując na prawo ląd stały - widzisz te otulone mgłami sylwety miast i gór?..
- Widzę - potwierdziła Ola.
- Oto Fusina - objaśniać począł żonie Roman - tam znów głębiej, to Padwa i Treviso...
Tu, na zachodzie - to otaczające Weronę szczyty górskie, a tam - wskazując ruchem ręki kolistym krajobraz, mówił dalej Dzierżymirski - to Monte Baldo, i u stóp jego jezioro Garda.
I Roman manewrując równocześnie lunetą odkrywał coraz to inne odległe góry i miasta, a użyczając lornety swej żonie, objaśniał ją, tłumaczył.
Tymczasem zaś platforma dzwonnicy opustoszała stopniowo. Prócz przekupniów, zalecających swe "ricorda," i miejscowych ludzi, nie było tu już prócz Dzierżymirskich, nikogo. Roman i Ola gotowali się do odejścia, gdy oto nagle przystanęli znowu, zasłuchani.