Z weneckiego starego grodu szła muzyka dzi­wna... Jak orkiestrą dobraną grana, wędrowała przez otulone milczeniem przestworza melodya kościelnych dzwonów...

Rozpoczęły ją, na wprost Campanili dzwony kościołów: Redentore, na wysepce Giudecca, i San­to Giorgio Maggiore, opodal, a w ślad za niemi powtórzyły inne świątynie. Z Santa Maria della Salute na czele rozbrzmiały kolejno po całej Wene­cyi, wstrząsnęły ciszą „królowej Adryatyku" - tu do­nośnie bijąc basem, tam znów skarżąc się łagodnie, kwiląc - wspólnie zagrały chórem swą pieśń wie­czorną...

Dobranymi jakby akordy popłynęły dźwięcznie tony poprzez laguny i kanały, morzem, po grzbietach fal, uleciały w dal siną, zda się, niosąc swe echa aż do podnóży gór.

Roman, nachyliwszy się ku żonie, rzucił półgłosem:

- Co za wspaniałe i silne wrażenie, niepraw­daż?...

Chciał powiedzieć coś jeszcze, lecz w tej samej chwili instynktownie urwał...

Dzierżymirscy zadrżeli oboje. Kobieta przytu­liła się, jak powój, do mężczyzny, on zaś objął opiekuńczym ruchem jej kibić i silnem ramieniem przy­cisnął wylękłą do siebie.

To z dzwonnicy św. Marka, tu, na szczycie jej, o parę zaledwie kroków od nich, zagrzmiał właśnie do wtóru innym, zadudnił, głusząc wszystko swą si­łą, dzwon olbrzymi i potężny - "San Marco."

Głos jego tubalny, huczący, zmieszał się z ogólną aryą dzwonów, napełniając echami grzmotów, trzęsąc platformą wieżycy.

A jednocześnie Roman i Ola dziwnego doznawali wrażenia. Zdało się im bowiem, jakby ich tutaj nie było już zupełnie.