Znajdowali się już na ulicy, pan Emil skinął na stangreta parokonnej dorożki, rzucił adres, i pojechali.
Ruchem codziennym wrzało wkoło nich strojne wesołe miasto:
- Słucham pana - rzekł Ładyżyński.
Młody człowiek w krótkich słowach opowiedział mu o niepomyślnym stanie zdrowia i moralnego usposobienia pana Januarego, zamilczawszy zaś tylko o liście do marszałkowej, zakomunikował zaproszenie do Gowartowa.
Skrzywił się lekko przy ostatnich słowach pan Emil i odrzekł:
- Zapewne, zapewne, bardzo bym rad pocieszyć drogiego Januarka, ale właśnie wyjeżdżam za granicę i przyznać muszę, że na razie wybrał on się z zaproszeniem wcale nie na czasie! No, zobaczymy zresztą... Co pan wiesz, - tu spojrzał uważnie na Krasnostawskiego - o pani Oli i Dzierżymirskim?..
Zapytanie to postawionem było bardzo zręcznie mówiło nic, a pytało wiele. Krasnostawski natychmiast poinformował krótko i zwięźle pana Emila, iż wiadomem mu jest wszystko.
- Aaa!.. - wyrwało się tylko z ust Ładyżyńskiego, i dodał ironicznie:
- No, to w takim razie wiesz pan nie tylko o płaszczu gronostajowym przywiązania dziecinnego, szalonej miłości młodzieńczej, weselu pod niebem Italii, et caetera i t. d. ale i o odzieży codziennej, ukrytej przez nas starannie przed plotką, jedną - purpurą drugiej; zatem wobec tego, możemy mówić szczerze...
- Widzi pan - tu Ładyżyński spojrzał znów na Krasnostawskiego, jakby pragnąc się przekonać, czy warto wywnętrzać się przed nim - ta cała rozpacz „górna chmurna" Januarka, ta dobrowolna wiwisekcya przywiązania do córki i ów od początku do końca poemat „zbolałego ojcowskiego serca" - bref ten wielki w duszy jego ostatniemi czasy fajerwerk romantyzmu... entre nous soit dit - jest tylko od początku do końca jednym nonsensem. Czy nie miała racyi?