Tak wśród pracy fizycznej i gorącej chęci do pracy umysłowej zbiegła mi pierwsza część życia. W dziewiętnastym zaś roku straciłem ojca, a wkrótce potem, bo w r. 1845, ożeniłem się i objąłem gospodarstwo na siebie. Niedługo jednak cieszyłem się w społeczeństwie9 ze swą żoną, gdyż wzięli mię do wojska w r. 1847, matka zaś poszła za drugiego męża i trzymała dalej gospodarstwo.
Żona moja pozostała na czas nieograniczony na małej części swego gospodarstwa, ja zaś, jako rekrut, zostałem powołany do 20. pułku piechoty, do Keniggrecu10. Tam zapisali mię do szkoły wojskowej, na co się z największą chęcią zgodziłem, bom myślał, że tam będą uczyli polskiego języka. Gdy jednak usłyszałem niezrozumiałą dla siebie niemiecką mowę w tej szkole, wielce mię to zasmuciło, oziąbłem też na duchu naukowym i oświadczyłem, że tylko w tym języku chcę się uczyć, którym mówili moi ojcowie, którego matka mię nauczyła. Za to szczere wyznanie pan kapitan ukarał mię sześciogodzinnym aresztem, po czym dalej uczyć się musiałem, ale już z wielką niechęcią, co widząc, nauczyciele dopomogli mi do uwolnienia się z owej szkoły.
Wziąwszy rozbrat ze szkołą niemiecką, nie przestawałem myśleć o nauce w ojczystym języku. Gdy otrzymałem list z domu, dawałem go sobie przeczytać swoim towarzyszom, a potem sam się nad tym listem męczyłem, żeby go powtórzyć bez pomocy innych. I tak z każdym swoim listem czyniłem, a niekiedy prosiłem towarzyszy o listy, które im przychodziły od rodziców, to znowu zapytywałem się kaprala swego, jak się ta lub inna litera wymawia. I w ten sposób ucząc się poznawać litery pisane, w krótkim czasie sam sobie bez pomocy innych list przeczytałem. Więc znowu podniosłem się o jeden szczebel wyżej. Umiałem czytać nie tylko drukowane, ale i pisane litery. Cieszyłem się, ale mi było tego za mało: postanowiłem nauczyć się pisać. W tym celu kupiłem kałamarz z atramentem i każdą wolną chwilę od służby wojskowej trawiłem na nauce pisania. Otrzymywane z domu listy służyły mi za wzorek do pisania, a niekiedy prosiłem kaprala lub innego towarzysza o objaśnienie, czego już zgoła pojąć nie mogłem z owych liter.
Więc mniej więcej w trzy ćwierci roku potrafiłem sobie sam listy pisać do żony, tylko mi inni towarzysze, którzy z domu pisać umieli, adres na liście podpisywali.
W tym samym roku 1847 ów 20. pułk został przeniesiony z Keniggrecu do czeskiej Pragi11 i to nie koleją żelazną, ale marszem czterodniowym. Po drodze dziwiłem się bardzo, widząc po kwaterach w Czechach wcale inne zwyczaje i obyczaje, a osobliwie zamożność, niepodobną do naszej nędzy w Galicji.
W Pradze na wiosnę roku 1848 wybuchła rewolucja. Wtedy już nie było czasu do nauki, bo pułk leżał w polu, a nie w kasarni12. Pragę uspokojono, ale wiadoma rzecz, że skoro w jednym miejscu lud upomni się głośno o swoje prawa, to i w innych podnosić się zaczynają głosy.
W przewidywaniu rewolucyjnych rozruchów po innych miastach, a osobliwie na Węgrzech, postanowiono utworzyć czwarte bataliony przy każdym pułku z żołnierzy wybranych z tego pułku, po największej części żonatych. Więc i mnie trafiło to szczęście, żem wrócił do ojczyzny, bo mię przenieśli do czwartego batalionu do Nowego Sącza13, gdzie trochę więcej miałem wolnego czasu do nauki. Ale niedługo to trwało, bo wybuchło powstanie na Węgrzech, więc poszedł czwarty batalion na Węgry do wojny, zwalczać tych, co wolności się dobijali. Na szczęście jednak postanowiono utworzyć nowe piąte bataliony, również w Galicji, jako rezerwę i ja wraz z innymi żonatymi żołnierzami przeniesieni zostaliśmy do owego piątego batalionu do Nowego Sącza.
Na koniec w roku 1850 dostałem się na urlop na czas nieograniczony. Uczyłem się więc dalej w domu pisać, a nawet kupiłem sobie wzorek14, za co wielkie ponosiłem prześladowania od żony, matki i ojczyma, którzy, sami nie znając ani litery, lekceważyli moje nauki, ale ja tym się bynajmniej nie zrażałem. Przebywając na kwaterach w Niemczech, w Czechach i na Węgrzech, widziałem, że te narody mają więcej książek jak jedną w domu u siebie, co pierwej myślałem, że tylko jedna książka modląca na świecie istnieje. Dalejże więc i ja myśleć, żeby mieć i zabawną, bo inaczej nazwać świeckiej książki nie umiałem.
Więc pewnego razu poszedłem do antykwarni15 w Krakowie16, a było to w lutym 1857 roku, i mówię Żydowi, żeby mi pokazał historię zabawną. Żyd pyta: „Jaką? Jaką?”. A ja wciąż powtarzam: „Zabawną historię!”. I było jednego i tego samego pytania i odpowiedzi kilkadziesiąt razy, aż Żyda złość wzięła, więc powiedział wręcz, że nie ma takiej książki. A pan jakiś tam wtedy był, wszystkiego słuchał i śmiał się z niezrozumiałego mego żądania. Aż ostatecznie pyta mię ów pan: „Jakiejże wy, gospodarzu, książki chcecie?”. Ja zaś prawię swoje: „Zabawnej!”. Widząc, ów pan, że nie przyjdzie ze mną do skutku, kazał Żydowi poszukać Historii polskiej17 z rycinami przez Ludwikę Leśniowską18, a gdym ją obejrzał, pyta: „Czy wam się, gospodarzu, udaje ta książka?”. A mnie aż się serce trzepie na ową książkę. „O, panoczku drogi — wołam — to śliczna książka!”. Natedy19 ów pan nie pytał, czy mam pieniądze na ową książkę, ale pyta się Żyda, co ona kosztuje. Ten mówi że 2 złr.20, bo była nowa i oprawna. Więc ten pan kupił ją za 1 złr. 60 ct.21 i mnie ją darował, mówiąc: „Chodźcie ze mną, gospodarzu, do mego domu”. A gdy my się znaleźli pod jego dachem, przyjął mnie bardzo uprzejmie i kazał usiąść na kanapie. Usłuchałem, ale zaraz się okropnie przeląkłem, bom myślał, że kanapę złamałem, gdy się pode mną ugięła, jako nigdy jeszcze nie siedziałem na żadnym sprężynowym, wyścielanym stołku. Więc ów pan zapytał mię: „Skąd wy, gospodarzu? Jak daleko macie do Krakowa? Jak tu często bywacie, gdzieście do szkoły chodzili?” itp. A gdy opowiedziałem wszystko, jakim sposobem nauczyłem się czytać i jakie mam do czytania zamiłowanie, ów pan daje mi jeszcze dwie książki i mówi: „Jedną z nich, oto tę, daruję wam na własność, a tę drugą po przeczytaniu oddacie mi na powrót”. „Panie — odpowiedziałem — ja tu nie trafię do pana”. Natedy pan dał mi swój bilet i napisał na nim ulicę i numer domu.
Odebrałem to wszystko i pędzę do domu jak strzała, ażeby jak najprędzej one książki czytać. Nie upłynęło więcej jak dziesięć dni, a już wszystkie trzy przeczytałem, bom je czytał bez ustanku po całych nocach. Idę do Krakowa oddać ową książkę, patrzę na bilet, a tam stoi: Franciszek Matejko22, ul. Floriańska23 nr 36. Tak się tedy nazywał pan, który mi ową książkę kupił, a drugą darował. Przychodzę tam, a p. Matejko bardzo się uradował i ponieważ byli tam wtedy goście, opowiada im moje przygody i wszelkie koleje mego życia, czemu się goście bardzo dziwili, a potem zawiązali ze mną znajomość, kazali się odwiedzić, dali mi wizytowe bilety, z oznaczeniem, gdzie mieszkają. A gdym po dwóch tygodniach do nich zawitał, obdarzyli mnie owi panowie książkami, jeden 5 książek, drugi 8 darowali mi na własność.