Ale czy kto potrafiłby opisać tę radość, z jaką powracałem ze swymi książkami z Krakowa do domu? I nie dałem im zalegać na jednym miejscu, brałem jedną po drugiej i całymi nocami czytałem, a niektóre z nich i dwa razy czytałem. Ile razy przez rok byłem w Krakowie, nigdy nie ominąłem domu p. Matejki, bo nie były tam dla mnie drzwi zamknięte, ani też jednego razu nie powróciłem od p. Matejki próżno do domu, ale zawsze otrzymałem jakie bądź dziełko albo prospekt z rycinami lub kilka numerów gazet wyczytanych, a to wszystko było drogim u mnie klejnotem. I tak bywało aż do r. 1860. Można powiedzieć, że ten p. Fr. Matejko, brat Jana Matejki24, malarza, stał się najszczerszym moim nauczycielem. A był on wtedy bibliotekarzem Biblioteki Jagiellońskiej25 w Krakowie. I mogę powiedzieć, że z rodziną tą aż do ostatnich czasów przestawałem i temu rodowi mam najwięcej do zawdzięczenia za pomoc w oświacie.

W roku 1861 poszedłem na flis po Wiśle galarami26 ładowanymi solą do Warszawy27. A w drodze bez ustanku myślałem: gdyby mię Bóg szczęśliwie raczył zaprowadzić do Warszawy, to już z pewnością kupię sobie książkę na pamiątkę z grodu, czyli siedziby królów polskich.

Przybywszy szczęśliwie do Warszawy, udałem się natychmiast po wyładowaniu soli i oddaniu jej do magazynu zwiedzić miasto. Chodzę sobie z ulicy na ulicę, aż przyszedłem na plac, gdzie stoi pomnik Zygmunta III28, króla polskiego; obejrzałem uważnie pomnik, a po chwili skierowałem się w przeciwną stronę, gdzie była księgarnia. Stanąwszy na chodniku, przypatrywałem się pilnie wystawionym za szybą książkom, gdy nagle jakiś pan zagadnął mię w te słowa: „A cóż, krakowiaku, podobają wam się warszawskie książki?” — „Podobają, panie — odpowiedziałem — a nawet życzyłbym sobie kupić jaką książkę w Warszawie na pamiątkę”.

— A to chodźcie ze mną — mówi dalej nieznajomy pan — może się u mnie książka jaka dla was znajdzie.

Jak dowiedziałem się później, mój nieznajomy był to Władysław Anczyc29, czyli Kazimierz Góralczyk, który pisywał książki dla ludu pod przybranym nazwiskiem. Zaprowadził on mię do J. I. Kraszewskiego30, sławnego na cały świat pisarza, ale ja ani jednego, ani drugiego wówczas nie znałem, ani o ich imionach, niestety, podobnie jak i cały lud polski, nigdy nie słyszałem. Nie wiedziałem przeto, u kogo się znajduję i z jak zasłużonymi i znakomitymi mężami mam do czynienia.

Kraszewski rozmawiał ze mną życzliwie i długo, wypytując, z którego jestem powiatu, jak się przedstawiają stosunki pomiędzy dworem a gminą w Galicji, a w końcu zapytał, gdziem chodził do szkoły. A gdym odpowiedział, że tylko kilka tygodni chodziłem do organisty, a potem mozolną pracą nabyłem ową odrobinę oświaty, jaką posiadam, Kraszewski, słuchając mego opowiadania, aż załamał ręce na tak wielkie zamiłowanie moje do oświaty i w te słowa do mnie się odezwał: „Daruję wam, Macieju, kilka książek ludowych. Weźcie je sobie do domu, a dowiecie się z nich różnych rzeczy ciekawych i pożytecznych”. Jakoż za chwilę przyniósł z innego pokoju około dwudziestu różnej treści książek w ojczystym języku, położył je na stole i mówi: „Te książki są wasze, niech wam służą”. Uradowany, u stóp Kraszewskiego złożyłem serdeczne podziękowanie za ten bratni dar, a zabrawszy owe książki, kieruję się ku drzwiom, ale Kraszewski zatrzymuje mię słowami: „Nie możecie odejść ode mnie aż po obiedzie”. Uląkłem się niemało na takie oświadczenie, bo jeszcze nigdy nie byłem u panów na obiedzie, ale nie śmiałem sprzeciwić się woli tego, który mię książkami obdarował. Gdy godzina druga z południa odbiła, a służący nakrył do stołu, zaprasza mię znowu Kraszewski i sadza obok siebie. Proszę go na wszystkie obowiązki i całuję po rękach, ażeby nie sadzano mię do stołu razem z panami, bo i sukmana31 podarta i brudna, i, co gorsza, podczas dwutygodniowej podróży po Wiśle, bo natedy woda była mała, dzień jak noc pod gołym niebem pozostawałem, więc można sobie z łatwością wyobrazić, jak pięknie musiałem wyglądać.

Ale te wszystkie prośby i błagania nie odniosły pożądanego skutku: musiałem zasiąść do stołu, wraz z dwoma jakimiś panami, dwiema paniami i Kraszewskim. Gdy znalazłem się tuż za stołem, zastawionym potrawami i naczyniem, jakiegom nigdy w życiu nie widział, odbiegła mię przytomność, że nie wiedziałem, gdzie się znajduję, i nie wiedziałem, co mam wziąć pierwej w dawno niemytą rękę i w jaki sposób owe potrawy dzielić. Szczerze wyznaję, że wolałbym poprzestać na suchym kawałku chleba, aniżeli u stołu zasiadać z panami, z którymi chłopi w owych czasach żadnej wspólności nie mieli i których mocno bali się.

Po obiedzie ze łzą w oku dziękuję za obiad, bom niezwyczajny był takiej dobroci, a Kraszewski powiada: „Tak nam nasze prawo każe: z polską szlachtą polski lud!”. Ja tych wyrazów wcale nie zrozumiałem i nie mogłem domyślić się, dlaczego to Kraszewski mówi, bo jeszcze nie byłem w narodowych potrzebach obeznany.

Podziękowawszy wszystkim po trzykroć za gościnność, zabieram książki i chcę odchodzić, ale Kraszewski zatrzymuje mię koniecznie u siebie do jutra; ale wytłumaczyłem, że zostać w żaden sposób nie mogę, bo paszporty wszystkich nas, flisaków, są na policji i dzisiaj będą w jeden pakiet zapieczętowane i oddane naszemu szyprowi32, a ten je odda na granicy rosyjskiej, gdzie nas będą felezować33, więc każden z nas flisaków tam być natedy musi. Więc Kraszewski mówi: „Kiedy tak, to dajcie mi, gospodarzu, swój adres: imię, nazwisko, miejsce zamieszkania i ostatnią pocztę, a ja wam także swój adres dam i, proszę was, niezadługo napiszcie do nas. A teraz poproszę tego pana — tu wskazał na jednego ze swoich gości — aby was na kolej zaprowadził do waszych towarzyszy flisaków. Kupi on wam też bilet na kolej do Krakowa, żebyście swego krwawo zapracowanego grosza nie rozdawali”.

I tak się stało, ale nie dość na tym, że ów pan bilet zapłacił, lecz dał mi jeszcze na koszta podróży 5 rubli34, co tyle czyniło, co cały zarobek z flisu.