Pieniądze rzecz dobra, ani słowa, ale dla mnie w owych czasach książki stokroć były cenniejsze i pożądańsze. Wróciwszy do domu z flisu, cieszyłem się też jak dzieciak, że mam tak znaczną liczbę książek u siebie. Ale że to było w lecie, praca w polu i noce krótkie nie pozwoliły mi czytać ich, jak to było u mnie zwyczajem, że pochłaniałem zaraz każdą książkę, którą przyniosłem do domu. Czytałem więc tylko w święto po nieszporach35. Na tym powolnym czytaniu zeszło mi lato i nastała jesień. Wolniejszy już od pracy, poszedłem do Krakowa za interesem domowym i wziąłem ze sobą adres Kraszewskiego, który miałem z Warszawy. Będąc w Krakowie, nie zapomniałem odwiedzić swego dobroczyńcę i nauczyciela, p. Matejkę. Opowiedziałem mu całe swoje zdarzenie w Warszawie i pokazałem adres Kraszewskiego, nad którym się p. Matejko bardzo zastanowił, ale zaraz objaśnił mię, kto jest ten Kraszewski, o czym wówczas nic jeszcze nie wiedziałem, i kazał mi zaraz do Kraszewskiego pisać. Ale uprosiłem go, aby mi adres na kopercie listowej napisał, upewniając go, że po powrocie do domu list sam sobie, nie zwlekając, napiszę. Kilka dni zaledwie od mego pisania minęło, a już od Kraszewskiego list bardzo uprzejmy. Sam przeczytać go nie mogłem, ale p. Matejko mi go przeczytał. Gdy się dowiedziałem, co Kraszewski pisze w liście do mnie, łzy mi oczy zalały na tak czułe wyrazy, których nie czułem się godny. P. Matejko kazał mi ten list schować na pamiątkę, jako pochodzący od zasłużonego męża.
Więc kiedy błysła mi iskierka oświaty w oczach, trochę przez czytanie książek, a trochę za pomocą ludzi światłych, którym oświata ludu na sercu leży, postanowiłem częściej bywać w Krakowie, gdzie się zapoznałem z bardzo wielu osobami, a nawet z młodzieżą akademicką. Ci ostatni tak byli dla mnie dobrzy jak właśni bracia. Co tylko przeczytali różne gazety, które mieli u siebie w czytelni akademickiej, dawali mi je do domu na własność. Te gazety dużo wzbudzały we mnie dobrych chęci i coraz większe zamiłowanie do czytania różnych wiadomości i wypadków światowych. I tak bardzo rozmiłowałem się w czytaniu, że zapomniałem drugi list napisać do Kraszewskiego, który natedy nie z własnej woli, tylko na rozkaz moskiewskiego rządu za należenie do zabiegów patriotycznych przedpowstańczych przeniósł swoją siedzibę z Warszawy do Drezna36. Ale sławny ten mąż nie czekał, aż będę pisał do niego, i sam drugim z kolei serdecznym listem z Drezna podał mi adres. Więc od tego czasu zawarła się korespondencja moja z Kraszewskim, która trwała aż do ostatniej chwili życia sławnego pisarza.
Gdy w roku 1863 wybuchło w Królestwie Polskim37 i na Litwie38 powstanie39 o wolność i niepodległość narodu naszego, miałem i ja zaszczyt i szczęście utrzymywać częste stosunki z powstańcami. Zawdzięczałem to położeniu mego gruntu, ponieważ — jak wspomniałem na początku — mieszkam z całym swym gospodarstwem nad korytem Wisły, o dwie mile drogi od granicy Królestwa Polskiego, wprost na Baran40. Owoż wiele osób z komitetu narodowego41 w Krakowie znało mię, wiedziało, w jakiej mieszkam okolicy i że tu za młodu trudniłem się rybołówstwem na Wiśle, więc wysyłali powstańców z Krakowa, ażebym ich przez Wisłę przeprawiał i drogę im wskazał na Baran.
Czyniłem to wiele razy bez zaprzeczenia ze strony policji. Ale później Austria zaostrzyła swoje ząbki przeciw powstaniu i, stawszy się uprzejmą służebniczką Rosji, szkodziła mi na każdym miejscu.
Z tych czasów najbardziej utkwił mi w pamięci jeden zwłaszcza dzień. Gdy Langiewicz42, dowódca, opuścił swój oddział, przeszli jego ludzie w krakowskie i przybyli do wsi Kujawy43, leżącej nad Wisłą naprzeciw gminy Brzegi, gdziem ja mieszkał, i wołali, żebym ich na swej łódce przewiózł przez Wisłę. A było ich około 50 młodych ludzi i jedni prosili, abym im wskazał drogę na Bochnię44, a inni chcieli się dostać na Podgórz45. Więc przewiozłem wszystkich po kolei na łódce i w dom swój przyjąłem ich mile, choć skromnie, bo czym chata bogata, tym rada. Wypoczęli więc sobie u mnie od 8.00 z rana do 3.00 po południu, bez żadnej przeszkody ze strony policji. Tymczasem sąsiedzi moi zgromadzili się w znacznej liczbie około domu i mówili: „U Macieja są Polacy”, bo natedy nie wiedzieli jeszcze chłopi, jakim są narodem, nie wiedzieli oni natedy, za co to ich bracia krew przelewają, nie wiedzieli, że to była walka za wolność ludu. Dziś czasy się zmieniły na szczęście, dziś włościanie wiedzą, za co się ich bracia bili z Moskalem46, dziś już nie powiedzą na nikogo, że to są Polacy, bo wiedzą z radością i dumą, że oni sami są Polakami.
Gdy jednak młodzi powstańcy usłyszeli, że ich sąsiedzi moi nazywają Polakami i powstańcami, zaczęli się lękać. Ale uspokoiłem ich natychmiast, mówiąc: „Nie bójcie się, panowie, bo nam tu ani włos z głowy nie spadnie przez moich sąsiadów. Jest to lud bardzo poczciwy, a jeżeli on to mówi, to z przyczyny swojej ciemnoty”. Jakoż prawdziwie nic złego im się nie stało i po kilkugodzinnym u mnie odpoczynku jedni odeszli, inni zaś odjechali spokojnie.
Gdy na trzeci dzień dowiedziała się policja o tej wizycie powstańców w mojej chałupie, zaraz przysłała do mnie na rewizję z pow. wielickiego dwóch urzędników i trzech żołnierzy strzelców. Panowie ci przeszukali każdy kąt, przetrzęśli wszystkie sprzęty domowe, ale nic nie znaleźli, bo to, czego szukali, nie było na środku stołu. Zabrali więc ze sobą do powiatu tylko trzy książki, które później oddali.
Wezwano mię jednak, abym na drugi dzień stanął do protokołu przed naczelnika, p. Janickiego, tej rangi co teraz starosta. Ów pyta się mnie:
—Ty przewozisz przez Wisłę powstańców?
— Ja, panie, przewożę różnych ludzi — odpowiadam — a ci płacą mi za to po dwa krajcary47 od osoby. A co on jest i gdzie idzie, o to ja się go nie pytam.