Masz przyjąć, przyjm i nasz — pragniemy nie być Ci ostatni.
Kraszewski, gdy otrzymał te moje szczere życzenia, wydrukowane w nr. 6. „Włościanina”, wielce się ucieszył i odpowiedział mi listownie serdecznymi słowy, które więcej mi dawały, niż zasłużyłem. Ale nie koniec na tym: Otrzymuję nr 7. „Włościanina” i czytam w nim odpowiedź p. Kraszewskiego do redakcji owej gazetki w te słowa:
„Szanowny Panie!
Zaprawdę, do najdroższych dla mnie oznak uznania i życzliwości, jakie niezasłużonego dziś spotykają, liczę poczciwy wiersz mojego starego znajomego, Macieja Szarka z Brzegów, i list wasz, który przesłaniu „Włościanina” towarzyszył. Bije w nim serce i tyleście mi miłych rzeczy powiedzieli, że nie wiem, jak Wam dziękować. Pracowałem, jakem mógł, jakem umiał — jak Bóg natchnął — ale zawsze z miłością braci moich wszelkiego stanu i powołania, którym jeżeli się choć czym dobrym usłużyło — przynajmniej życie nie poszło marnie. Chciejcie przyjąć najszczersze dzięki i Maciejowi Szarkowi za wiersz w mym imieniu podziękować.
Ściskam z wdzięcznością dłoń Waszą
J. I. Kraszewski”.
Gdy się zawiązał w Krakowie komitet jubileuszowy, który odbierał wkładki56 na bilety uczestnictwa w jubileuszu p. Kraszewskiego, ten napisał do mnie z Drezna, żebym się podał o bilet. A trza było przy podaniu złożyć 10 złr. Więc ja wziąłem ów list Kraszewskiego, w którym było napisane nie tylko o bilecie, ale i o tym, że Kraszewski ma zamiar odwiedzić mię podczas swego jubileuszu w moim domu, o półtorej mili od Krakowa odległym, i gdy oddałem ów list prezesowi tegoż komitetu, p. Zyblikiewiczowi57, ten mocno się tym zadziwił, co w nim wyczytał i zapisał mię na bilet bez wkładki 10 złr.
Gdy więc Kraszewski na jubileusz pięćdziesięcioletniej pracy swej literackiej przybył do Krakowa, stanął w hotelu Drezdeńskim58, poszedłem do Krakowa i zgłosiłem się po bilet do komitetu jubileuszowego. Ale odpowiedziano mi, że 40 osób zasłużonych będą miały zwrócone pieniądze za bilety, bo nie ma miejsca w sali. Musiałem w milczeniu tego wysłuchać, gdyż nie dałem żadnych pieniędzy na bilet.
Ale zanocowałem w Krakowie, a nazajutrz, około 10.00 godziny rano, poszedłem do hotelu Drezdeńskiego. Tam mnie służba hotelowa na korytarzu zatrzymała i prawie z urągowiskiem ze mnie się naśmiewała, mówiąc, że tu chłop nie ma prawa dzisiaj wchodzić. Nie dałem się jednak onieśmielić i dopraszam się usilnie służby hotelowej, żeby mię z imienia oznajmili panu Kraszewskiemu, co też po długich naleganiach moich służba uczyniła.
Gdy p. Kraszewski usłyszał od służby moje imię, otwiera drzwi od pokoju swego, bierze mię za rękę, wprowadza do pokoju i stawia przed trzema dygnitarzami, którzy tam natedy w kontuszach59 i przy karabelach60 znajdowali się u niego. A byli to pp. hr. Henryk Wodzicki61, Mikołaj Zyblikiewicz i hr. Milewski62, prezes rady powiatowej krakowskiej. Zwraca się więc Kraszewski do onych dygnitarzy i pyta ich, czy mię znają. Na to pp. Wodzicki i Zyblikiewicz odpowiedzieli, że mię dobrze znają, a Kraszewski mówi do nich dalej : „A jakie on śliczne listy pisze”, a potem pyta mię, czy mam bilet na jubileusz. Odpowiedziałem przecząco, więc on zaraz zwraca się do onych dygnitarzy i prosi ich o bilet, a do mnie mówi: „Dziś mamy czas krótki do mówienia ze sobą, ale niech mię tu Maciej jutro odwiedzi przed południem, to się nagawędzimy do woli”. Więc zaraz od Kraszewskiego wyszedłem, ale stanąłem przed hotelem i czekam na owych trzech dygnitarzy w nadziei, że może mi bilet dadzą. Ale gdzie tam! Przechodzą obok mnie, ja się im ukłonił, lecz żaden z nich nie tylko biletu nie dał, ale się mi ani nawet nie odkłonił, więc i zostałem bez biletu. I teraz nie dałem jeszcze za wygraną i postanowiłem zanocować w Krakowie do zajutrza63 i być z wizytą u Kraszewskiego.