Sny i kamienie

Od autorki

Pierwsza wersja tej powieści była pisana w latach osiemdziesiątych. Ukazała się w roku 1995. Obecna, z roku 2019, różni się od tamtej. Myśl została wyrażona jaśniej, a wątki czytelniej uporządkowane, dzięki czemu całość stała się bardziej przejrzysta i łatwiejsza w odbiorze. Ten rodzaj zmian można porównać z efektami rozwinięcia harmonii w utworze muzycznym, który już kiedyś słyszeliśmy w innej wersji: rozpoznajemy motywy i tylko trudno uchwycić zmiany, które przyniosły głębsze brzmienie.


Drzewo świata z początkiem sezonu wegetacji wypuszcza delikatne złotawe listki, które z czasem nabiorą srebrnego połysku i tonów ciemnej zieleni. Potem są żółte i czerwone, jakby płonęły żywym ogniem, a kiedy spłoną, spadają na ziemię zbrązowiałe, poszarpane i dziurawe, podobne do spopielałych papierów, do zgniecionych, przerdzewiałych na wylot blaszanek. Na początku sezonu wegetacji słońce najmocniej świeci i najwięcej ptaków śpiewa wśród gałęzi. Ale i wtedy rośnie już w głąb ziemi wilgotne i ciemne przeciwdrzewo, obgryzane przez robaki. Podziemny konar jest przedłużeniem konara nadziemnego, każda gałąź połączona jest niewidocznym akweduktem z przeciwgałęzią, przygniecioną tonami ziemi.

Pod koniec sezonu wegetacji drzewo obwieszone jest owocami. W każdym tkwi pestka, w pestce zawiązek drzewa i przeciwdrzewa, korona i korzeń. Wszystkie przyszłe sezony wegetacji czekają na swój czas w pestkach, w zawiązkach, w zawiązkach zawiązków.

Drzewo świata owocuje miastami. Wszystkie są takie same: każde inne. Każde jest wcieleniem pojedynczej możliwości z rejestru tego, co możliwe. Ma jedną nazwę wypisaną nad peronami. Jedna rzeka — drugiej nie trzeba — płynie niezmiennym korytem. Jest jeden spis ulic, jeden ogród zoologiczny. Cokolwiek stanie się jakieś, nie będzie inne. Mieszkańcy miasta muszą się z tym pogodzić: życie też mają jedno. Znają na pamięć odcienie tynków i chmur na niebie. Lecz przemierzając miasto, mnożą gorączkowe wyobrażenia tego, czym jeszcze mogłoby być. Jeśli na przykład ich rzeka płynie szeroko i leniwie między piaszczystymi brzegami, w tle unosi się jej dopełnienie: inna rzeka, o urwistych brzegach porośniętych zielskiem, ta, której nie ma. Kiedy miasto zawiązuje się, kiedy dojrzewa i kiedy gnije, zawiera w sobie wszystkie tła, o jakich da się pomyśleć, wszystkie możliwości i cały plan świata. Jest częścią i całością, bezkresem i zapadłą dziurą. Owocem świata i zarazem czeluścią, w której świat utonie.

Gdy drzewo zapłonęło żywym ogniem i spopielałe liście spadły z jego gałęzi, z zawieruszonej pestki coś zaczęło w swoim czasie kiełkować. Dlaczego właśnie wtedy, dlaczego w tym miejscu i dlaczego tak? Zależało to od gleby, od wiatrów. Zapewne też od niepowtarzalnych właściwości sezonu. Zaczęły rosnąć jednocześnie budowle publiczne i mieszkalne, wysmukłe i zwaliste, wielkie, średnie i nieduże. Wyrastały spod ziemi i pięły się wyżej, otoczone rusztowaniami, w obłokach wapiennego pyłu, wśród zamętu i wrzawy, wśród turkotu taczek, ostrzegawczych okrzyków i głuchych odgłosów spadających cegieł.

Nie wiadomo, skąd brała się siła, która wprawiała to wszystko w ruch. Ileż to łopat gliny trzeba wyrzucić, aby powstał jeden tylko wykop, ile się trzeba natrudzić, zanim mury ukażą się ponad jego krawędzią, nie mówiąc już o tynkach, futrynach i dachach. Przeznaczeniem pestki jest kiełkowanie, kryjąca się w niej siła temu tylko służy, by wodę, glinę, piasek i wapno wciągnąć w obieg substancji, konieczny, żeby mury rosły. Zwały ziemi potrzebowały wiary, jak wody, bez której nic nie wzejdzie. Ziemia wchłonęła jej tyle, ile tylko mogła. W obliczu tego dzieła, zakrojonego na siły olbrzymów, znikomość pierwszych taczek gliny, z mozołem wykopanej pod fundamenty przyszłych fabryk, mogłaby zachwiać wiarą, zasiać niepokój. Były wszak niczym wobec niewysłowionego bezmiaru tego, co jeszcze pozostało do zrobienia. Znój machających łopatami mógł się wydać zaledwie zapowiedzią przyszłych znojów. Lecz wiary wtedy nie brakowało, inaczej niż wiedzy, której, jak się wydaje, było jeszcze niewiele. Tylko ci bowiem, którzy nie wiedzą co czynią, mogą tak kopać i kopać bez obaw, nie dostrzegając nadciągającej lawiny dalszych konieczności, którą sprowadzić musiał nieopatrznie uczyniony początek. Raz rozpętany żywioł potężniał z chwili na chwilę. Można by było go powstrzymać jeszcze tylko w ten jeden sposób: zasypać wykopy i odejść.

Ale dokąd odejść? — zapytaliby ci, co mieszali zaprawę i kładli cegły. Świat był tylko jeden. I nic wtedy nie mąciło pewności, że trzeba kłaść fundamenty i wznosić mury, i nikt nie wątpił, że cokolwiek umysł stworzy — nawet agrafki, nawet kalafonia — musi być na świecie. Pion był pionem, poziom poziomem, tego się trzymano. Nikt nie pytał, po co w mieście ulice. A jeśli ulice mają być, to i polewaczki do spłukiwania ich wodą w upalny dzień, kiedy się kurzy, i tramwaje, i ciężarówki, które jeździłyby po nich dniem i nocą z jednego przedmieścia na drugie i z powrotem. Było rzeczą oczywistą, że to dzieło potrzebuje postaci, które je wypełnią swoim życiem: szoferów, monterów, motorniczych i konduktorek, pielęgniarek i milicjantów.