Żeby powołać do życia cały ten tłum, trzeba było uszyć drelichowe kombinezony, białe fartuchy ze sztywnymi czepkami i mundury z niebieskawego sukna. Dlatego musiały być na świecie maszyny do wyrobu przędzy i do tkania, igły do szycia, nożyce krawieckie, zatem i maszyny do wyrobu tychże: tokarki, obrabiarki, szlifierki. A do produkcji tych maszyn inne maszyny, maszyny, maszyny. Gdy świat już istniał, nie mógł czekać ani chwili, maszyny, których potrzebował, musiały być gotowe niezwłocznie i wszystkie równocześnie, a stal, węgiel, nafta, papier i atrament, nie wspominając już o żółtej farbie olejnej do malowania ścian w poczekalniach, zaraz po nich. Po nich, czy raczej przed nimi? Cóż bowiem miało być pierwsze, żeliwo czy wielki piec? Tokarka czy śruba do niej? Jajko czy kura? Świat, ledwie wyłonił się z nicości, popadł od razu w kołowrót prac ogromnych jak on sam, mozolnych jak nawlekanie igły.

Czym prędzej wyprodukowano ebonitowe aparaty telefoniczne, do których należało wrzeszczeć, zasłaniając sobie ręką jedno ucho, tekturowe aktówki zawiązywane na kokardki, wielkie czarne maszyny do pisania, kopiowe ołówki. Pojawiły się masywne kałamarze z grubego szkła, drewniane suszki do atramentu obłożone bibułą w granatowe plamy, obsadki do stalówek i stalówki same. Wszystkie meble pachniały świeżą politurą. Czerwień napisów rozkwitła na murach, zapowiadając nadejście czasów marmuru, granitu i piaskowca w płytach ważących po dwie tony każda, tych kategorycznie wymuszających szacunek, niezniszczalnych materiałów budowlanych — bo tylko one czyniły zadość wymogom nadludzkich fasad i wnętrz. Ale rdzeniem konstrukcji pozostał okrągły miliard cegieł. Każda z nich przeszła przez wiele rąk i wszystkie zniknęły pod tynkami i pod okładzinami z piaskowca. Odłamkami ciemnoczerwonych cegieł długo jeszcze dzieci bawiły się na podwórkach pod czystym niebem tego miasta.

W owych szczęśliwych czasach wszystkie przyszłe dni były świeże i ładnie poskładane, jak młode listki, które nie wyjrzały jeszcze z pąków. Każdy chłopiec miał w przyszłości zostać pilotem, każda dziewczynka nauczycielką. A ze szkolnych okien już zawczasu puszczano samolociki z zeszytowego papieru w kratkę albo w linię, a na płytach chodnikowych mnożyły się klasy do gry, koślawo obwiedzione białą kredą. Wszystko było wówczas możliwe, wszystko w zasięgu ręki. Świat wydawał się niezniszczalny, fundamenty były głębokie, mury grube, rury zupełnie nowe. Myśląc „świat”, wyobrażano sobie to, czego można dotknąć: mury i rury, sypki piasek, miękką glinę, chłodną wodę, szorstkie odłamki czerwonych cegieł, wapienny pył. I to, co można oglądać tylko z daleka, a co zawsze wraca na swoje miejsce o właściwych porach dnia i roku: słońce i gwiazdy na niebie, chorągwie łopocące na wietrze. A także to, co jest zawsze i o czym się nie myśli: powietrze w płucach, ziemię pod stopami. Stąpano po niej ufnie, z przeświadczeniem, że istnieje naprawdę i zawsze będzie istniała.

Dwie ulice na krzyż, wytyczone na początku, pączkowały coraz liczniejszymi przecznicami, które z czasem wypuszczały swoje własne odgałęzienia, i tak bez końca. Powstawały kolejne skrzyżowania, miękkie nawierzchnie okrywały się brukiem, rozwidlały się ukryte pod nawierzchniami kanały i wodociągi. Drzewo wyrasta dzięki siłom życiowym ukrytym w pestce i dzięki sokom czerpanym z ziemi, ale kształt i gęstość korony zależy od kogoś, kto przycina gałązki sekatorem. Tak też wyrastało miasto: dzięki siłom natury, dzięki pracy rąk i dzięki ufności. Ale jego plan bez reszty zależał od tego, jak wytyczono fundamenty. Układ ulic mógł odsłonić założenia, które przyświecały twórcom planu.

Od początku był tak pomyślany, by udaremniał przypadkowe wydarzenia i zapobiegał pewnym myślom. Życie bowiem miało być repliką zabudowy, ład miasta miał kształtować ład umysłów. Twórcy planu, kimkolwiek byli, tę oto najważniejszą intencję woleli pokryć milczeniem. Nie dali się też złapać na podejrzanych sztuczkach urbanistycznych. A przecież z żadnego detalu nie spuściliby czujnego oka. Echo kategorycznego tonu zdawało się wciąż jeszcze rozbrzmiewać w niedawno wykończonych wnętrzach. Techniczne komplikacje zapewne były rozwiązywane bez zwłoki — uderzeniem pięścią w stół. Zamysłów swych twórcy planu nie zamierzali naginać do prawideł sztuki i przed nikim nie musieli się z tego tłumaczyć. Nie byli architektami, a wyzywająca buta pewnych rozwiązań wskazuje, że poniekąd się tym szczycili. Może nawet nie umieliby posłużyć się w razie potrzeby suwakiem logarytmicznym ani rozeznać się w wielości punktów widzenia, z jakich można spojrzeć na to i na tamto. I może dlatego obawiali się wszelkiej złożoności — przekonani, że prowadzić musi do upadku i klęski. Szukali zasady określającej kształt miasta definitywnie i wszechstronnie, zdolnej na zawsze uchronić życie przed skażeniem wieloznacznością.

Tu trzeba wyjawić, że zasadą może być kąt prosty, meander albo gwiazda. Od niej zależy wszystko, co będzie się działo w mieście od początku jego istnienia: przypadkowe spotkania, niebezpieczne kolizje, zaskakujące zbiegi okoliczności, nie mówiąc już o cyrkulacji chmur. Prawa fizyki utrzymuje się w ryzach przy pomocy równań zapisanych na papierze, nie na odwrót. Rysunek techniczny wyznacza koleje losów.

Na przykład miasto kątów prostych ma to do siebie, że położenie wzajemne dwóch punktów łatwo w nim oznaczyć i wymierzyć. Przestrzeń nie może wchłonąć ani przekazać żadnych treści oprócz tych czysto praktycznych, wolnych zarówno od falowania emocji, jak od surowej nieustępliwości idei. Każdy narożnik jest tam tak samo ważny. Pomniki są tylko figurami z kamienia zanieczyszczanymi przez gołębie. Wartość gruntów, regulowaną przez podaż i popyt, można wyrazić w obiegowej walucie. Wahania kursów giełdowych nie poddają się niczyjej woli. Nie ma żadnej siły zdolnej przechylić równo obciążone szale. Niczego, co by sprawiło, że rzut monetą przyniesie orła albo reszkę wedle życzenia, ani że wyciągnięta z talii karta okaże się jak na zamówienie asem kier albo przeciwnie, dwójką pik. Przez punkt nieleżący na prostej zawsze da się przeprowadzić tylko jedną prostą równoległą do tamtej i można bezwzględnie polegać na arytmetyce. Nawet sprawiedliwość jest tam pedantyczna, daleka od namiętności, wyzuta z natchnionego rozmachu.

Zasada meandra czyni z ulic miasta chaotyczny labirynt, powołując niezliczoną ilość nałożonych na siebie i przenikających się figur rozmaitego kształtu, z których każda okaże się częścią większej całości. Miasto podporządkowane zasadzie meandra jest pełne kuszących lub odpychających możliwości, smakowitych lub obrzydliwych resztek, pociągających lub odrażających zapachów, pomieszanych dźwięków; szyld na szyldzie, riksza za rikszą, bez jednego centymetra wolnej przestrzeni. Z każdego placu na sąsiedni prowadzi rozmaitość dróg, od której mieszkańcom kręci się w głowach, przez to ich oczy są rozbiegane, a umysły nieustannie zaśmiecone porównaniami. Wszystko okazuje się względne, a śledzenie stosunków wynikania, przypisywanie skutkom przyczyn, wytyczanie linii równoległych, nie mówiąc już o wymierzaniu sprawiedliwości, w ogóle nie jest tam możliwe.

Mieszkańców miasta zbudowanego na planie gwiazdy nigdy nie dosięgnie konieczność wyboru. Gwiazda powinna być pięcioramienna, stanowi o tym osobna reguła. Z każdego miejsca wychodzi tylko jedna, najwłaściwsza droga. Patrząc spokojnym wzrokiem prosto przed siebie, co nadaje ich twarzom wyraz niezachwianej pewności, mieszkańcy zmierzają po liniach prostych ku centralnemu polu, leżącemu w środku. Tam jest serce miasta. Stamtąd wszystkich ich widać jak na dłoni, niczego nie będą mogli ukryć nawet w kieszeniach. Miasto zbudowane na planie gwiazdy nie ma tajemnic. Można je w mgnieniu oka przejrzeć na wylot razem z jego wnętrzami, a także instalacjami telefonicznymi, kanałami burzowymi, ciągami piwnic. Zawiera w sobie trwały zapis porządku świata oraz nieoceniony gotowy schemat ocen, jakie będą w nim przypisane rzeczom. Waga przedmiotów umieszczonych na szalkach zależeć w nim będzie w najmniejszym stopniu od ich rozmiarów i ciężaru właściwego, w największym zaś od wnikliwej oceny lub od decyzji ze stosowną pieczęcią. Od faktów dokonanych bardziej doniosłe, godne pochwały lub wzgardy, mogą okazać się te, które nie miały miejsca.

Nie wiadomo, skąd bierze się meander, obcy trzeźwemu rachunkowi, wspierającemu ruchy ekierek, lecz równie obcy świetlistym rojeniom. Na czystym papierze najłatwiej o prostokąty. Za sprawą mechanicznych właściwości przyrządów kreślarskich same z siebie mnożą się na nim, nie zostawiając miejsca na nic innego. Gwiazdy zaś rodzą się w umysłach. Tam, z dala od gruntu, od tego siedliska mrówek i dżdżownic, rozbłyskują nagle, a szalone ich promienie przeszywają ciemność. Twórcy projektu myśleli o mieście, które połączy w sobie właściwości prostokąta i gwiazdy. Stworzy pozory kątów prostych tak oczywiste, by ukryta w ich tle zasada gwiazdy, nadająca kierunek zdarzeniom, nigdy nie objawiła się oczom mieszkańców. By wzrok chodzących ulicami na zawsze pozostał jasny i ufny, gdy tymczasem schemat ocen przypisywanych rzeczom da się regulować w myśl przyjętych zawczasu prawideł. Lecz miasto, pomyślane jako ucieleśnienie zasady prostokąta i zarazem skryte odbicie idei gwiazdy, ulegając nieprzewidzianym naprężeniom, zaczęło samoistnie skłaniać się z wolna ku regule meandra.