Można domyślać się istnienia miasta doskonałego w swej pełni, będącego sumą wszystkich możliwości. Niczego tam nie brakuje i nic nie może zaginąć, ani jedna porcelanowa filiżanka, ani jedna srebrna łyżeczka, każda bowiem skądś pochodzi i dokądś zmierza. Lecz właśnie ono, to miasto absolutne, nękane jest plagą nieustannych katastrof. Każda zmiana coś w nim łamie. Trzeba uważać, by nie wjechać na most rozebrany przed laty, nie zasiąść na tarasie nieistniejącej cukierni, znanej niegdyś z najlepszych lodów, potem z wybuchających znienacka niewypałów. Można stracić długie godziny, wyczekując na przystankach dawno zamkniętych linii tramwajowych, jeśli nie dostrzeże się w porę, że szyny zalano już asfaltem. Trzeba zwłaszcza uważać na mury, których kiedyś nie było. Idąc przez plac targowy, pełen wozów i koni z workami owsa u pysków, lepiej nie zapominać o przyziemnej naturze bloków mieszkalnych, o ślepej zatwardziałości ich murów, przez które nie da się przejść inaczej niż przebijając je głową. Gdyby jednak na powrót zniknęły, nie byłoby lepiej. Przezroczyste jak powietrze szpalery prostopadłościanów tworzących niewidoczną pierzeję wypełniłaby próżnia, wciągająca ze świstem zmięte gazety, parasole, kapelusze.

Łatwiej niż całość przeniknąć można fragmenty. Każde z dopełniających się miast płynie swobodnie w przestrzeni, nieważkie i bezcielesne. Nie są połączone żadnymi rurami ani kablami, którymi substancja i energia mogłyby krążyć między nimi. Ani nie powstają, ani nie znikają, ani nie przeobrażają się jedno w drugie. Istnieją każde dla siebie i w sobie zamknięte — i nic się w nich nigdy nie zmienia. Właśnie dlatego, że trwają nieporuszone, musi ich być aż tyle. To tylko przechodnie, nie mogąc wytrwać bez porządkowania zawartości pamięci, chcąc zobaczyć w nich całość, ustanawiają ciągłość i wynikanie i upierają się porównywać rzeczy nieporównywalne. To przez nich wszystko co nowe, będzie stare, a co czyste, będzie brudne. W mieście, po którym chodzą, dzisiejszy kurz opada na kurz wczorajszy, czerstwieje chleb, wysycha woda i rdzewieje żelazo. Pomniki są wznoszone i obalane, ulice nazywają się raz tak, raz inaczej. Miasto utkane ze zmian jest niszczejącą po trochu każdego dnia sceną dla niekończących się wejść i wyjść, miejscem gubienia i znajdowania, łamania i sklejania, narodzin i śmierci.

Wspomnienia upadają na niepewny grunt w przypadkowych miejscach i pozostają, gdzie spadły. Jeśli w mieście nie ma nic niezmiennego, jakże wspomnienia miałyby się oprzeć zmianom, deptane podeszwami, zalewane przez deszcze? W opanowanym przez pamięć mieście zmian musiało się pomieścić wszystko, co pamięć przechowała — choć bez szansy na ocalenie pierwotnych barw i kształtów — jak w szafie, w której obok fabrycznego garnituru z taniej zerówki wisi zetlały ze starości mundur nieistniejącej już formacji, a pomiędzy nimi damska mufka, kryjąca w sobie gniazdo moli.

Przestrzenie rozpościerające się w głowach są rozleglejsze niż cokolwiek o czym można pomyśleć. Każde z przeszłych i przyszłych miast, poupychanych w zakamarkach świata, ma tam swoją gwiazdę, a można też powiedzieć, że każde z nich jest najważniejsze. Czyż bowiem świat nie składa się z samych zakamarków? Tylko nazwa chroni miasto przed rozsypką, bo to ona ma właściwość zawierania w sobie wszystkiego co było a nie jest.

Dręczone tęsknotą i zwątpieniem, niespokojne miasto wspomnień każdej nocy wypuszcza z siebie sny, te giętkie pnącza, w ciszy i w ciemności szukające podpórek. Nie znalazłszy tam niczego oprócz innych snów, zaczepiają się o siebie nawzajem. Oplatają się jedne na drugich i plenią się dalej, tworząc węzły i pętle, zrastając się i rozwidlając. Są sny ciemne i jasne, są piękne i są okropne. Jasność bierze się w nich z ciemności a piękno z okropności. Dżungla snów, nigdy nietknięta sekatorem, przerasta cały świat i można nawet powiedzieć, że właśnie ona jest światem i że mieszkańcy — razem z domami, z łóżkami, z pościelą, ze wspomnieniami, z pytaniami bez odpowiedzi — potrzebni są tylko do tego, by sny się śniły.

Tylko do tego, by się śniły? Tylko do tego, by rozrastały się bez końca nieposkromione pędy? A utrzymanie świata w należytym porządku? A dbałość o wszystko, co w nim jest mechanicznego? A pastowanie podłóg, a reperacje? Czyż nie po to mieszkańcy miasta nocą spali, by nabrać sił do trudów nowego dnia? Otóż nie. Chleb ze snu nie syci, woda ze snu nie gasi pragnienia. Nie wystarczało spać i jeść. Sny — te wesołe albo smutne krainy niespełnienia — gotowe byłyby odkryć oczom mieszkańców prawdę, która umykała im na jawie: że intencja utrzymywania świata w porządku też się wzięła ze snu. Z pracowitego snu, w którym każda rzecz, na jakiej spocznie oko, musi trafić na właściwe miejsce, podczas gdy pięć innych w tym samym czasie rozprasza się i gubi. Ale na to, by śledzić tła i drugie plany, śniący śnili nie dość uważnie.

W porze zmierzchu miasto snów przenika miasto rozciągające się w przestrzeni i łączy się z nim w mroczną całość uwieńczoną czarnymi zarysami biurowców na tle czerwonawego nieba, kolosami niedawno wzniesionymi, lecz o konstrukcjach nadżartych już rdzą i ciemnością. Nigdzie nie ma żadnego słupa granicznego, żadnego znaku, który określałby wzajemne położenie snów i jawy. Niektórzy biorą poranne dzwonienie budzików za sygnał dźwiękowy, informujący o przekroczeniu granicy. Ale budziki, same należąc do snu, nie mogą nikogo obudzić.

W głębi swojego snu śniący przepychają się do tramwajów, z tramwajów do biur. Śniąc, czytają dokumenty i przybijają pieczątki, i śnią dalej, krążąc między półkami sklepowymi i mrużąc oczy od nadmiaru barw i kształtów. Pełnia mąci w głowach. W przedmiotach drzemią obietnice innego losu. W olśniewających sklepach miasta snów sprzedaje się i kupuje odbicia w lustrach. Nieskazitelne piękno nowego losu trwa jeszcze przez pewien czas, potem rozprasza się i znika. Ale powszedni brak nadziei, czający się po kątach, w mieście snów nie jest dozwolony. Każdy z przechodniów może zostać rozliczony z tych najgorszych win swojego życia — z niepewności i smutku — przez nieznajomych, bytujących beztrosko na rozległych płaszczyznach ulicznych reklam, przez ludzi żyjących wśród pustych słów spokojnie i szczęśliwie, którym dane są gwarancje stałości, o jakich nikt inny nie może nawet śnić.

W mieście snów wszystkie kolory karoserii przeglądają się w lśniących posadzkach sklepów z autami. Z przejęciem i pożądliwością przechodnie zaglądają do środka przez ogromne witryny. Ale personel pilnuje tych aut. Przechodzień, który zamierza usiąść za kierownicą i wyjechać, powinien mieć otwarty kredyt bankowy albo walizkę banknotów. Toteż wielu mieszkańców miasta snów, nie mogąc liczyć na kredyt, poszukuje walizek z banknotami dniem i nocą.

To oni tłumnie wypełniają budynki kasyn, zaopatrzone w specjalne otwory w dachach i wewnętrzne rynny, kierujące deszcz pieniędzy prosto do urządzeń, które je policzą i wedle potrzeb rozdzielą między oczekujących. Każdy numer, kolor i karta prędzej czy później musi wygrać. Fortuna toczy się kołem, by obdzielić spragnionych szczęścia w grze. Ten, kto nie przyszedł z pustymi rękami, nie pożałuje, jeśli cierpliwie poczeka na szczęśliwy los i jeśli nie zawaha się w tej jedynej chwili. Tu tylko — nigdzie więcej — można dosięgnąć przeznaczenia, własną ręką naprostować przekrzywiony ster losu, bez straty czasu i sił na inne, pośrednie i wątpliwej skuteczności działania. Trzeba tylko opłacić grę. Wystarczy jedna jedyna moneta, ta szczęśliwa. Kto już wydał szczęśliwą monetę i przeoczył swoją chwilę, ten nie wygra. Lepiej więc nigdy nie podnosić wzroku znad stołu do gry, by nie dać się skusić na gumę do żucia, fistaszki i piwo. Ale grający niczego nie są pewni, nawet tego. Dawno przepuścili szczęśliwe monety na głupstwa, zostały im tylko te, które nigdy nie wygrają. Dlatego deszcz pieniędzy, wpadających z nieba przez specjalne otwory w dachu, trafia w końcu do kanalizacji.