O pieniądzach miasto snów nie zapomina o żadnej porze. Nocą ich łuna bije w niebo nad ogromnymi hotelami. Windy lśniące od chromu wożą w górę i w dół zadowolonych cudzoziemców w błyszczących butach, w jedwabnych koszulach, z wypchanymi portfelami w wewnętrznych kieszeniach marynarek. Za ścianami z wielkich szklanych tafli hole hotelowe jarzą się tysiącami lamp, skórzane kanapy wyrastają tam wśród tropikalnej zieleni. Mgiełka wody kolońskiej miesza się z dymem cygar i zapachem świeżo parzonej kawy. Każdy, kto tylko przekroczył próg, z miejsca staje się cudzoziemcem i może odlecieć na zawsze do Ameryki, ponad chmurami, z żarzącym się cygarem w ustach. Jeśli jednak sięgnie do wewnętrznej kieszeni — natrafi na pusty portfel tak jak przedtem.

Na niecierpliwych czekają w mieście snów punkty werbunkowe Legii Cudzoziemskiej, a w każdym z nich dniem i nocą wypuszcza z fajki kółka dymu obcojęzyczny oficer w białym kepi na głowie i w wyszarzałym mundurze z czerwono-zielonymi wyłogami, w którym walczył na pustyni i błądził w burzach piaskowych. Każdemu, kto tam wejdzie choćby przez pomyłkę, na wpół przezroczystą ręką podsuwa do podpisu kontrakt na piętnaście lat służby w tropikach i pokazuje na palcach okrągłe sumy żołdu, które ochotnikowi wypłaci jego rząd. Mami zielenią nadziei i pokrywa zblazowanym uśmieszkiem zakłopotanie z powodu zbyt wymownie sąsiadującej na wyłogach z zielenią — czerwieni krwi. Krwi, którą w tropikach wytoczyć ma z żył przechodzień składający podpis pod kontraktem. Cudzoziemski oficer przekonał się na własnej skórze, że w tropikach można żyć bez krwi w żyłach. Kto ją utraci, wypełni żyły inną substancją, na przykład koniakiem dostarczanym skrzynkami do kantyn. I podpisawszy co trzeba, przechodzień znika na zawsze. Z tropików bowiem nigdy się nie wraca.

Zrozpaczeni, którzy spróbowali już wszystkiego, mają za mało sił, żeby dalej śnić, za mało czasu, żeby szukać daleko. Z pustą walizką wchodzą do pierwszego napotkanego banku, obrzucają kasjera zmęczonym spojrzeniem, z którego w mgnieniu oka wyczyta on żądanie, poparte błyskiem oksydowanej stali pod połą kurtki. Walizka zostanie napełniona banknotami bez zbędnych słów. Toteż niektóre sny rozbrzmiewają wyciem policyjnych syren i piskiem opon. Wypełnione są szalonymi pościgami i ucieczkami na złamanie karku, gdy przed oczami osłupiałych śniących, pędzących ostatkiem sił, umykają ze świstem wiatru skrzyżowania, budynki i drzewa. Pęd wygasa w ślepym zaułku, tam ucieczki i pogonie okazują się sprawą życia i śmierci. Rozlega się desperacki wystrzał, po którym wszystko gaśnie i znika, a w ciszy, która nadejdzie, może zadzwonić budzik, i po tym dzwonku rozpocznie się nowy sen.

Rozdygotane z napięcia miasto snów nie byłoby całością bez swych podziemi, których sercem jest perkusja. Jej rytm porywa gości, udręczonych smutkiem, tęsknotą i furią, i oślepiają ich nagłe rozbłyski, gdy na moment wyrywają z mroku przypadkowe grymasy i gesty, rozpaczliwie czepiające się spojrzeń. W ogłuszającym huku furia wybucha czerwienią, tęsknota zielenią, smutek błękitem. Każdy, kto zapłacił za wejście, ma prawo oczekiwać olśnienia. Liczących na olśnienie jest tylu, ilu tylko mogło się tam pomieścić, a każdy przyniósł swoją ciemność. Ciemność zatapia całe to miejsce wraz ze strojami, makijażami, butelkami za barem. Dźwięk perkusji nie uciszy tętnienia krwi w skroniach i nie ukoi furii, tęsknoty ani smutku, ale w końcu wygładzi grymasy i złagodzi gesty. Tylko tam znika nieznośny ciężar, tańczący zyskują lekkość, o jakiej gdzie indziej nie mogliby śnić. Miłość żyjąca w dźwiękach jest wolna od ciężaru do tego stopnia, że może być tylko cieniem miłości, czymś, co nie zajmie przestrzeni w sercu i nazajutrz uleci z pamięci. Czymś równie nietrwałym jak dźwięk perkusji i tak jak on niedającym się wynieść na zewnątrz ani zatrzymać przy sobie na dłużej. Dlatego pary, wychodzące do którejkolwiek z sąsiednich sal — bankietowej, porodowej i sądowej — muszą sobie radzić bez miłości.

Lecz bez miłości śniący nie mają dość sił, by dalej śnić. Radzą sobie jak mogą. Kupują krawaty na gumkach, które można z siebie zerwać jednym szarpnięciem, kiedy kołnierzyk wbija się w krtań i głowa pęka z bólu. Kupują tabletki od bólu głowy, które przyniosą chwilę ulgi, okupionej bólem żołądka. Łykają lekarstwa od bólu żołądka, po których skarżą się na wątrobę. W szpitalach miasta snów jamy brzuszne, klatki piersiowe otwiera się i zamyka jak pudełka. Instrumentaria tamtejsze pełne są narzędzi, przy których pomocy można usunąć z ciał to wszystko, co sprawia ból nie do zniesienia. Jak zbędnego balastu, ciągnącego ich ku ziemi, śniący wyrzekają się żołądka, wątroby i serca, pod którego zastaw dostają w końcu kredyt i powłócząc nogami, wracają tam, gdzie oglądali auta. Nie wiadomo, w jaki sposób wyjeżdżają nimi na ulicę: widać przecież, że dwuskrzydłowe drzwi są na to za wąskie. Nie obejdzie się bez zadrapań na lśniącej karoserii. Blask nowości znika od razu. Im dalej auta zajadą, tym gorzej będą wyglądały. Widzi się je potem, zabłocone i przerdzewiałe, jak tłuką się z jednego przedmieścia na drugie i z powrotem, z urwanym sprzęgłem, bez kół i silnika, raz po raz wpadając na siebie. Mieszkańcy miasta snów przeklinają auta i przeklinają obietnice, którym ulegli. Szukają innych, lepszych obietnic i śnią ostatkiem sił, wybierając bolesne i nigdy nie dość skuteczne sposoby ratunku, jak tonący, który chwyta się brzytwy. Żyjąc latami bez serca, staną się zgorzkniałymi mizantropami, a ich organizmy będą mnożyć szczególne, niedające się uleczyć niedomagania, z powodu których konieczne byłyby kolejne operacje. Lecz sale operacyjne miasta snów mogły im pomóc tylko raz. Szczypcom chirurgicznym, tak skądinąd przydatnym do zamykania pomniejszych tętniczek, by krew nie zalała pola widzenia, w którym porusza się skalpel, brakuje ząbków odpowiedniego rodzaju, niezbędnych, żeby pochwycić i przytrzymać ulatujące życie.

Nie ma na świecie rozwiązań tak złych, że nikt ich nie wybiera. Nawet najgorsze wyjście dla kogoś może okazać się najlepszym. Istnieją cele nadrzędne, jak ten, żeby nie opuszczać miasta snów. I jego mieszkańcy gotowi są zapłacić za to każdą cenę, gdy między jednym i drugim snem otwiera się pod nimi przepaść, której obawiają się bardziej niż czegokolwiek na świecie: otchłań snów bez marzeń. Ani na moment nie odrywają wzroku od migających świateł, inaczej mogłyby zgasnąć w mgnieniu oka. Barwy, kształty i dźwięki zmieniają się z chwili na chwilę, lecz miasto snów nikogo nie zmusza, by między nimi wybierał. Jego mieszkańcy wierzą, że szczęśliwy sen może przynieść wszystko naraz: miłość, amerykańskie cygara, złoto banków i żar tropików. Nie chcą zaś ciszy jawy, której pustka zabije wszelką przyjemność płynącą z bycia tym lub tamtym, z przymierzania ubrań, dobierania wyrażeń, z posługiwania się ironią albo patosem. Czy śnienie jest jedynym możliwym sposobem życia w tym mieście? Niektórzy wyobrażają sobie jawę i sen jako awers i rewers monety, albo raczej jako dwie półkule księżyca. Nie zauważyli, że księżyc ukazuje im zawsze tę samą, jasno oświetloną półkulę snów.

Wzniesiono to miasto na pograniczu trzech żywiołów, w miejscu, gdzie mieszają się ze sobą: stanęło na glinie pamięci, na ruchomych piaskach snów i na wodzie zapomnienia, dzień za dniem wypłukującej grunt spod fundamentów. Podobno zatopione monety są zdolne pokonać zapomnienie, podobno, gdy leżą w wodzie, utrzymują przy życiu pamięć miejsc. Lecz trudno zrozumieć, w jaki sposób mogą to uczynić, same przykryte mułem, pod którym awers nie różni się od rewersu. Tam bezruch jawy nie przeszkadza migotaniu snów, ani na odwrót. Wodami zapomnienia nie rządzi żadna rozumna zasada i dlatego godzą one wszystkie sprzeczności. Rozróżnienia! Życie i śmierć, drzewo i maszyna, początek i koniec! Każde słowo jest jak sznurkiem związane ze słowem o przeciwnym znaczeniu. Umysł wolałby coś bardziej jednoznacznego, niepogodzony z tym, że awers i rewers, te dwa sprzeczne aspekty spraw, okazują się nierozłączne. Pytają, dlaczego płacąc monetą, nie mogą wydać jej połowicznie, zatrzymać dla siebie reszki, gdy wyzbywają się orła, albo też na odwrót, skoro wszystko, co przypada im na tym świecie, jest połowiczne ze swej natury, istnieje, lecz tylko po części, pojawia się i znika. Każda nazwa staje na ostrzu noża, zmusza do czynienia rozróżnień. To skutek nazywania rzeczy po imieniu. Każdy czasownik, jaki się z nią połączy, przywlecze przeciwczasownik, każdy przymiotnik przywlecze przeciwprzymiotnik, każdy domysł ściągnie przeciwdomysł. Dobro stworzy zło, ciepło stworzy zimno, koniec stworzy początek. Kto twierdzi, że świat jest podobny do drzewa, będzie wspólnikiem i śmiertelnym wrogiem tego, kto upiera się, że jest podobny do maszyny. Choć do cna skłóceni, obracają tymi samymi słowami. Jeden wydziera je drugiemu, jak łup do podziału, nie wiedząc, że to fałszywa waluta.

Lecz kto opisze miasto stu tysiącami słów, wyhoduje sto tysięcy słów przeciwmiasta i każde z nich wróci do miasta jak zły szeląg. Nikt nie pyta, skąd bierze się rzeczowniki, ani do kogo należą. Mieszkańcy miasta dźwigają je z ufnością, przekonani, że właścicielem bagażu jest ten, kto go niesie, panem słów jest ten, kto je wypowiedział. Ale słowa nie trzymają się rzeczy. Przepływają to tu, to tam. Czasem kryją się za innymi, by wyskoczyć znienacka, siejąc zamęt. Odwracają znaczenia i uciekają, ciągnąc za sobą myśli.

Choć ludzie obciążają się tu wszystkim, na czym spocznie oko, nic do nich nie należy. To, co uważali za swoje, znika w mgnieniu oka. Ubrania, przed chwilą nowe, rozsypują się ze starości. Dzieci zaczynają pyskować i zamieniają się w dorosłych, nie wiadomo kiedy. We wspomnieniach pozostają tylko rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki, jak kwity z przechowalni, gdy po wyszczególnionych tam rzeczach nie ma już śladu w żadnym magazynie. Mieszkańcy miasta pilnują kwitów na swoje nieprzebrane dobra, spośród których niczego nie zamierzają się wyrzec, nawet zeszłorocznego śniegu, nawet jesiennych mgieł, pewni, że to wszystko wciąż leży i czeka, do ich dyspozycji w każdej chwili. Gdzież jest ta przechowalnia, w której trzyma się zapomniane pluszowe misie niegdysiejszych dzieci, zgubione dawno temu zaręczynowe pierścionki, fortuny bankrutów, pocałunki przejechanych przez tramwaje, odblaski zachodów słońca na szybach okien, przebrzmiałe melodie i zjedzone torty? Oto ona: wielka i mała, bez trudu mieści w sobie to wszystko, choć sama równie łatwo pomieścić się może na półce, gruba, w twardej oprawie, z alfabetycznym układem haseł. Tort sąsiaduje w niej z torturą i jak ona ma czarny kolor farby drukarskiej.

Nazywanie rzeczy po imieniu nikomu nie przyniosło szczęścia. Nazwy mimo to krążą bez ustanku, coraz bardziej gorączkowo. To bowiem, co nie zostało nazwane, odpływa razem z falami na rzece. Wydarzenia nie czepiają się słów i nie potrzebują ich do tego, by płynąć. Mimochodem poruszają ławice migocących jaskrawo określeń. To co ma płynąć — płynie, a określenia zostają, kołysząc się na falach, powiązane linami, jak kolorowe boje. Mieszkańcy miasta znaczą nimi szlaki wydarzeń, żeby ich nie mylić, bo wydarzenia same z siebie są niezbyt zrozumiałe, skłonne rozlewać się szeroko i zacierać granice. Miłość potrzebuje białych welonów, czarnych smokingów, limuzyn ze wstążkami, ale czasem wystarczyć jej musi krata w więziennej sali widzeń. Sen potrzebuje domu i łóżka, choć w ostateczności zadowoli się ławką w dworcowej poczekalni lub nawet skrawkiem trotuaru: wtedy staje się czymś możliwym do pomylenia z omdleniem, z pijaństwem i ze śmiercią. Właśnie dlatego nieodzowne są te znaki: unoszące się na powierzchni boje słów, które mają rozdzielać to, co chce być pomieszane. Kołyszą się na falach jedna przy drugiej, mącąc wzrok, nic dziwnego, że w końcu ich ruch jest brany za fale, a opisy przesłaniają rzeczy i zdarzenia.