Gdyby przyszło im teraz po raz drugi budować to miasto, główne arterie krzyżowałyby się w izbach przyjęć szpitali, hale dworcowe mieściłyby w sobie ogromne dormitoria dla tych, których życie straciło kierunek, tramwaje wjeżdżałyby po szynach do rzeki. Nie ma tu nikogo, kto potrafiłby opanować chaos przeciwmiasta, nikogo, kto by znał nieomylne procedury obliczania wytrzymałości konstrukcji, pozwalające przewidzieć, czego można się po niej spodziewać. Nikogo, kto by wiedział, czym podeprzeć niebo, nikogo, kto nakazałby inżynierom zrobić to albo tamto. Mieszkańcy miasta muszą się z tym pogodzić, że nie istnieje żadna wiedza lepsza od ich własnej, ani żaden materiał budowlany lepszy od tych, które znają, i nie ma żadnego wyjścia lepszego od najgorszego. Domysłu, że miasto może być inne, nie udało się potwierdzić. Wyschły soki, które ożywiały je na początku sezonu wegetacji. Ucichły i przebrzmiały chóralne pieśni, soczewki dwuobiektywowych lustrzanek, którymi fotografowano kiedyś place budowy, pokryły się kurzem i zmętniały w mrocznych szufladach, zbędne, odkąd nie przepuszczają obrazów. Teraz każdy jest tu sam i każdy ma swoje własne miasto, które sypie mu się na głowę.
W senne poranki krew zastyga w żyłach, oczy prawie nie patrzą i brakuje sił do następnego kroku. Pielęgniarki i szwaczki, monterzy i szoferzy na wpół uduszeni zasypiają na schodach, trzymając się poręczy. Czasem ktoś nagle otwiera oczy i zaczyna się rozglądać dookoła, niczego nie rozpoznając, zdumiony tym, jak blisko było od młodości świata do jego zgrzybiałej starości. I nikt nie rozumie, gdzie podziała się wiara, gdzie porywy uczuć, gdzie pieśni. Gdzie zgubiła się nowa droga życia: czy przemieniła się w tę zasnutą pajęczynami, wyczerpującą, stromą i samotną drogę w dół i w górę po schodach? Gdzie duma i nadzieja, teraz, po latach, kiedy wiadomo już wszystko o sukcesach, awansach, porodach, rozwodach, wypadkach, pogrzebach?
Niektórzy czują się oszukani. Poirytowani i rozgoryczeni pytają, dlaczego w swoim czasie nie zadbano o to, by fundamenty oddzielić od podłoża, czyli, inaczej mówiąc, dlaczego nie umieszczono ich w powietrzu, z dala od gruntu, od tego siedliska mrówek i dżdżownic, z dala od wilgoci, od źródeł zgnilizny i rozkładu. A twórcy projektu milczą. Czy to możliwe, że zniknęli bez śladu? Czy to możliwe, że naprawdę nigdy ich nie było? Czyja więc wola i czyje przekonania odcisnęły się w zrębach miasta? Nie wiadomo. I pytający muszą sami szukać odpowiedzi. Jedna z możliwych głosi, że miasto nigdy nie poddawało się woli budowniczych. Ulegało tylko naturze materiałów i kaprysom przypadku. Szerzy się plotka, że istotnie usiłowano zawiesić fundamenty w powietrzu, lecz nie pozwolił na to bezwład płynnego betonu, jego uparta bierność, która przesądziła o fiasku idei zwycięstwa porządku nad chaosem: ze swej strony nic nie uczynił, by wesprzeć porządek.
W istniejącym stanie rzeczy żyły wodne, pokłady gliny i ławice piasku pozostaną wiecznym zagrożeniem. Jeśli miałby zostać utrzymany w czystości ten zamknięty obszar szczęścia, jakim miasto było w zamyśle, ta forteca porządku zwrócona przeciwko burzliwemu oceanowi chaosu — treści, które w niej krążą, dniem i nocą musiałyby być odprowadzane na zewnątrz jak miejskie ścieki, tak aby nie pozostał po nich nawet ślad kurzu, żadnych kałuż, żadnych śmieci na pokratkowanym papierze bruku, żadnych zbłąkanych rzeczowników, czasowników, przymiotników. Lecz wtedy i to, co zatrzymano w mieście, w jednej chwili rozproszyłoby się po wodach przeciwmiasta jak flotylla statków, które utraciły kotwice.
Im większa byłaby regularność i harmonia pod szczelnym kloszem nieba, przykrywającym domy i ulice, tym gorszy powstałby zamęt po drugiej jego stronie, gdzie w błękitnych odmętach wiruje bezładnie wszystko to, co kiedykolwiek zdołano uprzątnąć i usunąć: nieudane odlewy, nadtłuczone płyty piaskowca, odłamki czerwonych cegieł, porwane przez wiatr parasole, wióry i trociny, stare pudełka po papierosach, ławice niedopałków, strugi oleju maszynowego, zbutwiałe murarskie czapki, szmaty, obierki od kartofli, kłębowiska chmur, ekskrementy, a nawet zgniecione przęsła mostów. Obszar ładu z natury rzeczy wciąga zamęt, póki poziomy zamętu się nie wyrównają. I choć klosz nieba chroni miasto przed zalewem odpadków, to i tak dostaną się one do podziemnych wód, i tą drogą powrócą.
Równie nieosiągalne jak absolutna szczelność jest całkowite oczyszczenie. Wymagałoby metodycznego usuwania zbędnych myśli, jeszcze zanim w swej pokrętności doprowadzą do przypadkowych wydarzeń, jeszcze zanim zdołają nadać bieg sekwencjom wypadków. Lecz pozbyć się ich nie sposób, każda bowiem wprzęgnięta jest w całość, jest jednocześnie przyczyną i skutkiem faktów dokonanych, wytworem wiadomej maszynerii i tym, co nadaje kierunek jej obrotom.
Niestety, nie wiadomo też, z czego i jak zrobione są jej części najważniejsze, te ukryte przed wzrokiem mieszkańców. Początkowe zaufanie do ich doskonałości było tak wielkie, że montowano je z zamkniętymi oczami, nie pytając, do czego służą. Inaczej było z zaprawą, przygotowywaną na placach budowy: każdy pomocnik murarski widział, że wapno nie jest zlasowane jak należy. Biorąc je do zaprawy, powoływano się na doskonałość niewidocznej konstrukcji głównej, która wszystko wytrzyma. Liczono na to, że jej kotły, silniki i przekładnie są bez wyjątku najprzedniejszej jakości, po prostu niezniszczalne. Nie wiadomo dokładnie, z czego zmontowana została ta konstrukcja, przez kogo i w jaki sposób. W miarę zużycia wychodziło na jaw, że niewidoczne elementy świata są nie lepsze, a może i gorsze od tych widocznych. Bez wątpienia sfabrykowano je byle jak i z byle jakich materiałów, podlejszych nawet od tej wapiennej zaprawy. Nie można było wykluczyć, że najważniejsza część maszynerii, ta, która obraca gwiazdami, słońcem i księżycem, to taka sama tandeta i szmelc.
Lecz w mieście takim jak to, choćby było nawet ze złota i platyny, całe wysadzane brylantami, każda drogocenna budowla okaże się w końcu nędznym zbiornikiem goryczy i niepokoju, na filarach źle postawionych pytań oprą się łuki nieprzydatnych odpowiedzi. I choćby było całe z nieskazitelnych cegieł i z nowiutkich tynków, z rur bez śladu rdzy, z szyb bez skazy, z chodników błyszczących jak lustra, i tak pozostanie siedliskiem chaosu. Mówi się, że te specjalne urządzenia do oddzielania porządku od zamętu, dobra od zła, które obrosły pracującą wyłącznie na ich potrzeby instalacją odpowietrzającą i oczyszczającą, same sprowadziły więcej chaosu, niż zdołały go usunąć. Kiedy twórcom idei odgrodzenia miasta od przeciwmiasta udało się sprowadzić wszelkie możliwe komplikacje do kwestii zasilania owych urządzeń, nie mogli jeszcze przewidzieć, jak bardzo kosztowne, rozrzutne, niemożliwe okaże się usuwanie bezwładu świata poza jego granicę. Czyż bowiem świat nie jest utkany z bezwładu? Czy przejawy bezwładu nie mnożą się szybciej, niż zdolne są działać wiadome instalacje? Nikt nie umie naprawić tego, co popsute. Stało się jasne, że daremny jest trud froterowania podłóg, odkurzania chodników, polewania asfaltu wodą w upalne dni, a nawet malowania olejną farbą ścian w poczekalniach. Lecz mieszkańcy tego miasta nie mogą zrobić nic ponad to. Zniechęceni, porzucili swe jałowe trudy. Główna reguła była i pozostała niejasna, a jeśli twórcy planu — o ile istniał — mieli o niej jakieś wyobrażenia wykraczające poza to, co pisano na transparentach — zachowali je w tajemnicy, wbrew rozsądkowi wierząc, że znajomość rzeczy okaże się niepotrzebna, utwierdzeni w nigdzie nieznajdującym uzasadnienia przekonaniu, że to, co najłatwiej może się popsuć, nie popsuje się nigdy.
Dzieło stworzenia pozostałoby niedokończone, gdyby nie dopełnił go potop. Przeciwmiasto prawdopodobnie dawno już przerwało tamy. Podobne wzburzonemu morzu w jednej chwili zalewającemu pracowicie osuszane poldery, niepostrzeżenie zatopiło całe to miasto od fundamentów po dachy. Kiedy zaczęło się przeciekanie? Nikt nie wie. Być może już w pierwszej minucie po rozpoczęciu budowy rzeka płynąca przez miasto, niosąca rozproszone, migotliwe odbicia strzelistych dzwonnic i stromych dachów, zmieszała swoje fale z zielonymi od zastoju wodami pamięci, w których odbijały się dzwonnice z utrąconymi hełmami, wypalone samotne czynszówki wśród morza gruzu. A wszystkie wody, te i tamte, roztapiały się w czarnej wodzie zapomnienia. Bezdenny ocean przyjmuje wszystko, zawsze i w każdej ilości, do ostatniej kropli.
Nazwa także uległa rozpadowi, nie wiadomo kiedy. Litery skurczyły się, a niektóre się pokruszyły, gubiąc odłamki. Nie ma liter — nie ma miasta. Tylko one były czymś pewnym w chaosie dat, zdarzeń i wyobrażeń. Tylko nazwa ogarniała to, co niemożliwe do ogarnięcia: pieśni i przemówienia, radosne pochody ze sztandarami, a w końcu i zapomniane śmigłowce służb miejskich, które od tak dawna latając bez paliwa, skarłowaciały i — podobno — jako niebieskie ważki unoszą się teraz w ogrodzie botanicznym nisko nad ziemią.