To miasto, ochraniane przez pamięć i niszczone przez zapomnienie, jest miastem śmierci. Zapomnienie unosi gesty i grymasy, rozpędzone chmury, krople deszczu na szybach, powiewy wiatru. Przepływ śmierci omija tylko tych kamiennych murarzy w kamiennych ubraniach, którzy z głębi swoich nisz patrzą kamiennymi oczami bez źrenic na sunący w głuchej ciszy ruch uliczny. Ten rodzaj życia, który mają w sobie, nie ulega zniszczeniu nawet w powodziach, pożarach i wybuchach. Odłupana kamienna głowa może dalej istnieć, nie bardziej nieruchoma, niż kiedy była osadzona na karku. Samotna dłoń pozostanie równie bezczynna jak wtedy, kiedy należała do kamiennego ciała. Palec wskazujący pozostanie tym, czym był, także na dnie rzeki, do połowy zagrzebany w piasku i opleciony wodorostem. Nawet kruszywo, którym wysypuje się jezdnie przed wylaniem asfaltu, zachowuje swoją wagę, objętość i miejsce w przestrzeni: nie sposób go unicestwić.
Mury nie zadają pytań, nie udzielają odpowiedzi. Gmatwanina pstrzących je napisów nie jest ich sprawą. Pytania, na które każda odpowiedź byłaby równie dobra, trwają w ciszy, nieruchome, spiętrzone jedne na drugich, związane cementem. Ten rodzaj życia zawieszony jest w przepastnej oczywistości. Kamienie, gdy tracą oparcie, spadają, jeśli spadną — leżą. Nie mają wpływu na formę, jaka zostanie im nadana, ale też przyjmują ją z bezgraniczną obojętnością. Z taką też obojętnością trwają. Cokolwiek się wydarzy, nie dodadzą do tego nic od siebie. Ani nie cieszą się, ani nie rozpaczają, ani nie można ich o niczym przekonać. Są niewzruszone: nie boją się ani cierpień, ani unicestwienia i niczego nie pragną.
Mieszkańcy tego miasta pozazdrościliby może kamieniom tej obojętności, gdyby umieli w niej dostrzec wolność, jakiej od zawsze brakowało im do szczęścia. Nic o tym nie wiedzą i wiedzieć nie chcą, że oprócz ulotnego życia ciał i umysłów, nosili w sobie niezniszczalne życie kamieni. To zaś, co sami uważają za swoje życie, okaże się tylko gorączką trawiącą myśli, znękane wiecznym przemieszczaniem się piasku, bezwładem gliny i niepokojącym chlupotem wody. Nie pragną życia kamieni, jedynego, jakie jest dane na zawsze. Odstręcza ich kamienny spokój murów, a zwłaszcza bezruch kamiennej ręki, która nie zadrży, cokolwiek się stanie. Trwający we wnętrzu kamieni bezmiar milczenia, bez myśli, bez uczuć i bez pragnień, zdumiewa i przestrasza. I życie bez pragnień wydaje się jeszcze okropniejsze niż tamto, dobrze znane im wszystkim, ciężkie od niespełnienia.
Ci, którzy wierzyli kiedyś, że to, co czyste, będzie coraz czystsze, i którzy odkryli później, że czystość przemienia się w brud, już się nie buntują. Nie mają nic przeciwko temu, by wszystko, co przez lata z największym wysiłkiem usuwano poza kopułę nieba, na powrót wymieszało się z substancją miasta. Utrzymują, że nieszczelność nie spędza im snu z powiek. Wystarczy — mówią — wyzbyć się tęsknoty za doskonałością.
Przewidują, że wtedy znów połączą się rozdzielone niegdyś wody górne i dolne, i wody górne przestaną zalewać dachy, a wody dolne przestaną podmywać fundamenty. Wtedy też uspokoi się ten wielki wzburzony ocean, w którego falach marynarze z ceglanych okrętów walczą o życie i toną, i idą na dno. Porzuciwszy nieziszczalny zamiar zawinięcia do portu, w ostatnim spazmie wypuściwszy powietrze z płuc, które w tejże chwili wypełni woda, wreszcie zaznają ulgi. Tylko to — mówią — może ją przynieść. Tak czy inaczej wszyscy — mówią — nawet ci, co spoczęli na dnie, bezpiecznie powrócą do domu. Domem — mówią — jest cisza.
Inni mówią, że potrzeba nam jeszcze większego zamętu coraz gorętszych pragnień, coraz bardziej dręczących pytań, potrzeba nam coraz więcej bezużytecznych odpowiedzi, których ciągnienie na los szczęścia — jak gra bez wygranych — nie przyniesie nic prócz udręki. Udręka przecież nie może trwać wiecznie: zawsze zmierza ku przesileniu. Jest nadzieja, że blask, od którego oko do reszty przestanie rozróżniać kolory i kształty, z powrotem obróci się w banalny obraz narożnika, szyldu nad sklepem, firanki w oknie. Zgiełk, od którego ucho do reszty przestanie rozróżniać dźwięki, utonie w łagodnej ciszy jawy, tej samej, która przez cały czas trwała we wnętrzu kamieni. Miażdżący napór myśli, od którego głowa pęka, odsłoni w końcu pustkę, lekką i przezroczystą.
Niech cisza rozpościera się we wnętrzu każdej cegły i przenika wszystko na świecie: domy, słońce i gwiazdy, chmury na niebie, powietrze w płucach i płuca same. Dopiero wtedy ręka zacznie pasować do uchwytu narzędzia, czapka do głowy, i klatka żeber przestanie oddzielać serce od reszty świata. Wtedy łatwiej będzie przyjąć oczywistą prawdę, że przygniatający nas ciężar nic nie waży. Miasto zrodzone przez drzewo świata na początku tej historii — nie istnieje, podobnie jak my sami. Jest tylko niezniszczalne, wolne od nazwy trwanie.