W porze, gdy zamykano na klucz centralnie położony pałac, z jego wyżyn można by w dole widzieć wszędzie wokół rzędy okien, w których zapalały się światła. W cienkim blasku najsłabszych żarówek stały, jak w domkach dla lalek, kredensy malowane olejną farbą, takie też stoły i krzesła. Widać byłoby nawet słoje z ogórkami, butelki po piwie i okruchy chleba. Szarawa bielizna suszyła się na sznurach, para buchająca z czajników skraplała się pod sufitem, gdzie zaczynały już wykwitać rdzawe zacieki, a przez kłęby tej pary widać byłoby kobiety w szlafrokach, z papilotami na głowie, i nieogolonych mężczyzn w rozciągniętych podkoszulkach. Cóż to byli za ludzie i skąd się raptem wzięli? Gdyby ktoś obserwował ich uważnie z niebotycznych wysokości, czy rozpoznałby w nich murarzy i sprzątaczki, monterów, pielęgniarki i konduktorki?
Ale najwyższe piętra pałacu, z których roztaczał się ten rozległy i przy tym tak zadziwiająco szczegółowy widok, po zmierzchu były bezludne tak jak wszystkie pozostałe. Twórcy projektu tam nie zamieszkali. Wyżsi ponad pospolite potrzeby, podobno obywali się bez czajników, bez kredensów, bez firanek, nie chcieli sznurów do suszenia bielizny ani kiszonych ogórków w słojach. Zapewne nie mieszkali nigdzie. Albo też mieszkali wszędzie, wypełniając swoim istnieniem całą przestrzeń, lecz tylko tak, jak muzyka mieszka w salach koncertowych. Może to właśnie oni świecili w żarówkach, łopotali w chorągwiach, oni też może tykali w zegarach. Oni to, wisząc na ścianach i przenikliwie spoglądając przez szkło oprawione w ramki, każdego dnia samą mocą spojrzenia narzucali rzeczom właściwy kierunek. I pod tym surowym spojrzeniem sprzątano bez wytchnienia, niezmordowanie segregowano dokumenty, czyszczono i smarowano maszyny. Po to właśnie każdego dnia mechanicy, urzędnicy, sprzątaczki i wszyscy inni wstawali z łóżek i ubierali się w stroje, które szwaczki dla nich uszyły. Po to piekarze piekli dla nich bułki, po to motorniczowie prowadzili tramwaje, po to murarze stawiali dla nich domy. A dzieci wszystkich tych ludzi po to uczyły się w przedszkolach tego miasta sznurować buciki, po to jadły, wymachując łyżkami, przypaloną owsiankę na mleku, by szybko dorosnąć i zasilić posłuszne szeregi.
Sprzątanie i naprawy, naprawy i sprzątanie, żmudne powstrzymywanie chaosu i wypychanie go na zewnątrz — wszystko to po brzegi wypełniło dni mieszkańców, nawet jeśli oni sami wyobrażali sobie, że robią coś innego: że zarabiają pieniądze na życie i starają się sprostać jego trudom. Jeśli miasto nie mogłoby przetrwać bez instalacji do usuwania tego co zbędne i szkodliwe, oni się o to nie martwili, żyli bowiem w przekonaniu, że maszyneria świata jest niezniszczalna. Dla tej to pracowitej rasy o prostych pogodnych umysłach przeznaczone były ulice, place i ogrody, dla niej posadzki z marmuru, a nawet lustra w złotych ramach. Dla niej to czasy owe otwierały się szeroko ku rozległym przestrzeniom przyszłości, ku jej bezkresnym płaskowyżom, gdzie wyrastały coraz to wyższe i wyższe kominy, a dalej wyższe od najwyższych i od nich także wyższe. Wydawało się, że w przyszłości wysokość kominów nie będzie miała granic. Właśnie z nimi wiązał się zniewalający czar przyszłości, tej dalekiej krainy rozpościerającej się zawsze nieco w górze, w miejscu, ku któremu wznosiły się z nadzieją oczy murarza i hutnika z plakatów rozlepionych na ogrodzeniach placów budowy.
Z początku zasoby wiary i sił wydawały się równie niewyczerpane jak złoża węgla. Zasoby te — jak węgiel — leżały gdzieś w dole, pod nogami hutnika i murarza, które to nogi, rozstawione szeroko, wyrażały pewność płynącą z prostodusznej wiary. Tak to wiara i siły, przez sam kontakt nóg z gruntem, wypełniały serca dzielnych i pracowitych ludzi wpatrzonych w owo miejsce tam w górze. Twórcy projektu nie musieli żałować rąk, mając ich do dyspozycji bez liku. Ulegli pokusie, by oprócz porządku stworzyć piękno, oprócz posłuszeństwa narzucić zachwyt, dlatego, mimo nawału prac niezbędnych do rozruchu świata i do utrzymania go w porządku, podjęto żmudne prace nad zdobieniami. Pojawiły się zatem rzeczy, których piękno miało wznieść się wysoko ponad kołowrót codziennych powinności, powołane do istnienia nie po to, by służyło przyziemnym celom. Dzięki nadwyżce wiary i sił attykami zwieńczono frontony, płaskorzeźbami ozdobiono fasady, kamienne posągi stanęły w niszach murów. Postacie z kamienia nosiły ubrania uszyte przez kamienne szwaczki, kamienne koszule z podwiniętymi rękawami i kamienne spodnie. Stały zastygłe w bezruchu, patrząc przed siebie wypukłymi oczami bez źrenic, z kielnią w rękach, z kilofem na ramieniu. Była to rasa o kamiennych dłoniach, żywiąca się bułkami z kamienia: najtwardsi z majstrów, jakich widział ten świat.
We wnętrzu kamiennych kieszeni do dziś leżą kamienne dokumenty z fotografią i stemplem biura meldunkowego, kamienne zaświadczenia i kamienne listy pochwalne, których nikt nie mógłby przeczytać: lite wnętrze kamienia należy do innego, kamiennego świata. Do niedostępnego świata, którego substancja jest jednością. Materia ścięgien i mięśni jest tam równie twarda jak koszula i fartuch. Nie ma żadnej granicy między sercem a dokumentem spoczywającym w górnej kieszonce, między głową a czapką, między ręką a narzędziem.
A przecież to nie oni, najtwardsi z majstrów, u początku świata z cegieł, blachy i tynków wyporządzili cuda tego miasta. Być może obraz kamiennej doskonałości potrzebny był tylko po to, żeby budowniczowie znali swoje miejsce. Żeby stawiając ich wobec porównania, któremu nigdy nie sprostają, narzucić pokorę i posłuch. Doskonałość miała pozostać przedmiotem podziwu, niedoścignionym wzorem i przykładem. Na każdego z kamiennych murarzy przypadały tysiące innych, uwijających się na placach budowy, którym można by było wypomnieć, że od roboty mieli na rękach paskudzące się pęcherze. Ich dokumenty, w czasie gdy bili rekordy na rusztowaniach, leżały pod kluczem w biurku kierownika hotelu robotniczego, jako zastaw za koce pobrane z magazynu: inaczej mogliby wziąć ze sobą te koce i zniknąć, porzuciwszy pracę bez przyczyny. Twórcy projektu czuli być może, że postawili przed tymi ludźmi zadania zbyt wielkie i zbyt zasadnicze jak na lichy gatunek substancji, z której powstali. Każdy z wyróżnionych za zasługi, był, prawdę mówiąc, zasłużony ledwie nieco bardziej od dziesięciu innych, których pominięto, i na każdego przypadało dziesięć tysięcy takich, którzy tylko raz w życiu mieli okazję w święto zobaczyć go z daleka na trybunie, gdy wyciągali szyję, stojąc w tłumie.
Aby pamięć trudu nie przeminęła, a jego cel został właściwie pojęty przez łagodne morze głów nakrytych czapkami, zegarkiem nagrodzono rękę, która położyła pierwszy tysiąc cegieł, i tę, która dokonała pierwszego spustu stali, i tę, która wprawiła w ruch pierwszą obrabiarkę. Sfotografowano odsłonięte w uśmiechach przednie zęby i marynarki ozdobione szarfami ze stosownym napisem. A pod marynarkami biły jednogłośnie, spokojnie i równo ich serca, jak oczekiwano, niepodatne na arytmię ani na anewryzm, ani nawet na zwykłe znużenie, i niestrudzenie tłoczyły krew do niebieskich żył nabrzmiewających na spracowanych dłoniach. Tak właśnie zaczęła się epoka pamiątkowych zegarków, a także pamiątkowych czajników i żelazek, epoka coraz to nowych napisów na szarfach, coraz to nowych twarzy na fotografiach i pucharów przechodnich, które nieustannie nadawano i odbierano, podczas gdy krój marynarek, rytm serc i rysunek żył na dłoniach pozostawały niezmienne. Epoka ta w swym najwyższym uniesieniu zapłonęła czerwonym pluszem, rozwibrowała się drżeniem niezliczonych rzędów foteli zwróconych ku scenie spowitej w draperie, dźwigającej stół prezydialny. Rozdźwięczała się nawałnicami przemówień, a zwłaszcza grzmiącymi kaskadami oklasków, burzami braw, wypełniających ogromne sale zamiast muzyki, której żadna z nich, nie wyłączając opery, nie potrzebowała już wcale do życia. Skrzypienie butów w kuluarach, szepty, kaszlnięcia, brzęk naczyń w bufetach i blaszanych sztućców — wszystko to bez śladu ginęło w tle.
Maszyneria świata wtedy jeszcze działała gładko, bez zgrzytów i niespodzianek, tak jak maszyneria sceny, pozwalająca wprawnym rękom przesuwać nieba wraz z gwiazdami i ze słońcem, i ziemię płaską jak talerz obracać przy pomocy specjalnej korby. W owych czasach młodości świata nawet to, co niemożliwe, okazywało się wykonalne. Miasto rosło z chwili na chwilę. Na planszach projektów kolumnady sięgały czwartego i piątego piętra, biły wodotryski, a w górze rozpościerały się wiszące ogrody i przelatywały śmigłowce służb miejskich, dla których lądowiska przewidziano na rozległych jak place dachach. Pod ziemią zaś sunęły cicho poduszkowce ledwie dotykające szyn.
A tramwaje, tramwaje, tramwaje jeździły od świtu do nocy z jednego przedmieścia na drugie i z powrotem. Niepostrzeżenie sieć przewodów trakcji tramwajowej rozrosła się ponad wszelką miarę. Ustępowały przed nią wiszące ogrody, zmuszone cofnąć się z powrotem na karty projektów. Ujawniły się wody głębinowe, których skomplikowany system wpłynął na zmiany w rysunkach podziemnych instalacji związanych z ruchem poduszkowców. I okazało się nagle to, w co przedtem nie sposób byłoby uwierzyć — że liniom kreślonym na kartonach mogą zagrozić cieki płynące gdzieś pod ziemią. Tak oto w mieście rosnącym na planszach zaczęły pojawiać się zmiany, których nikt wcześniej nie przewidział i które powstrzymały impet miasta rozbudowującego się w przestrzeni. Kominy jednak wciąż rosły w górę bez przeszkód, tak jak obiecywano — coraz wyższe, a z nich wydobywały się coraz okazalsze dymy we wszystkich odcieniach sadzy i siarki. Kominy były wszędzie, pojawiły się także na plakatach oblepiających ogrodzenia coraz to nowych placów budowy, gdzie, czarne i surowe, służyły za tło jaskrawoczerwonym literom, same podobne do wykrzykników. A wraz z nimi rosły pełne powagi hałdy żwiru, silosy z cementem, blaszane magazyny. I wydawało się, że to jest wszystko za mało, że ruch powinien być jeszcze szybszy, wykrzyknik dobitniejszy.
Czas ledwo nadążał za prędką myślą. Dni były już na wiele lat naprzód policzone i rozdysponowane, a jeśli w tych rachunkach były jakieś błędy, ich wykrycie nie oznaczało superaty. Można by powiedzieć, że dni zostały zużyte, zanim nadeszły, jak spodziewane aktywa, na których poczet zaciągnięto już długi. Czas, tak jak elektryczność, miał dającą się obliczyć wartość i jasno określone przeznaczenie. Zrobiono wszystko, co było można, żeby przyspieszyć jego bieg. Prawdopodobnie wykorzystano nawet pewne możliwości usprawnienia zjawisk astronomicznych. Nadeszła epoka, w której miasto było rozpędzone jak karuzela, ledwie wynurzyło się ze świtu, już spadało w ciemność, a z nim jego fabryki i huty, snopy iskier i duszące dymy, które w czerwonym świetle wschodów i zachodów słońca stawały się czarne jak smoła. Podczas gdy wytapiano kolejne tony żelaza, złom niszczał na ziemi, pod ziemią i w powietrzu. Bele świeżego papieru gazetowego wywożono od razu do drukarni, a gazety trafiały do śmietników jeszcze tego samego dnia. Tramwaje, ledwie zjechały do zajezdni, już musiały z powrotem wyjeżdżać na swoje trasy, latarnie, ledwie pogasły, już musiały się znowu zapalać. Zarost odrastał w mgnieniu oka między jednym i drugim porankiem, pościel na tapczanach zjawiała się i znikała, migając tylko bielą, jedna za drugą opróżniały się tysiące i dziesiątki tysięcy cystern benzyny i gazu. Nie było żadnej nadziei, że rozpędzone koło minionych i przyszłych zadań osiągnie wreszcie cel: dostatek papieru gazetowego i wszystkich innych rzeczy, których zachłannie żądało miasto. Że wreszcie się ono nasyci.