W tym szalonym pośpiechu nikt nie rozglądał się dość uważnie, by śledzić tła i drugie plany. Toteż myśl kierowała się pozorami i coraz trudniej było rozpoznawać to, na czym spoczęło oko. W taki to sposób przemieszały się wszystkie światy. Ten, który graniczył z naszym światem powierzchnią gazetowych zdjęć, a miał własną głębię, i ten, który otwierał się w lustrach, i ten widoczny tylko z najwyższych pięter, w którym tramwaje były małe jak pudełka od zapałek. Tylko rozpościerający się we wnętrzu kamieni świat, do którego nie można zajrzeć, zachował swoje granice.

Choć przykro to przyznać, rozpęd stał się uciążliwy. Od ciągłego pstrykania przełącznikami psuły się tablice rozdzielcze, dlatego w końcu postanowiono, że nie będzie się gasić świateł ani wyłączać maszyn. Nieprzerwana praca fabryk i elektrowni pozwoliła, nie bacząc na wszechobecne zmęczenie, jeszcze przyśpieszyć bieg czasu. Pędził z prędkością dwudziestu czterech klatek na sekundę, z taką też prędkością czarno-białe obrazy fabryk, elektrowni i hut przepływały z cichym szumem projektora, tak długo, aż wreszcie ruch ustawał i na ciemnym tle ukazywał się biały napis KONIEC.

Albowiem wszystko, co ma początek, ma też koniec. Długością taśmy filmowej nie rządzi przypadek. Musi być odmierzona dokładnie: tak, żeby dało się ją nawinąć na szpulę, a po wyświetleniu schować z powrotem do okrągłego blaszanego pudełka. Żarówka projektora świeci przez przewidzianą liczbę godzin, by przepalić się w swoim czasie, tak jak poprzednia. Gdzież podziewają się fabryki i elektrownie po projekcji? Ulegają rozproszeniu. Pewien ich aspekt trafia do blaszanego pudełka, inny trwa pod powiekami widzów wstających z krzeseł. Jeszcze inny wyraża się w kablu, łączącym projektor z gniazdkiem elektrycznym i poprzez gniazdko z całą maszynerią świata, która istotnie w pewnym okresie pracowała szybko i sprawnie, a potem — nie wiadomo kiedy — zaczęła zwalniać. Rozpęd ma bowiem początek i koniec, jak wszystko inne.

Prawa, na których w swoim czasie oparto plany rozwoju świata, głosiły, że to, co szybko wzrasta, będzie wzrastać jeszcze szybciej. Że eksplozja na zawsze wyklucza implozję, ruch nie zna bezruchu. Oparte na tych prawach rachunki dawały z początku przybliżenia wystarczająco dokładne, by nie dochodziło do awarii. Gdy awarie zaczęły zdarzać się coraz częściej, kwitowano je wzruszeniem ramion, jeszcze przez długi czas uparcie trzymając się starych założeń. Aż którejś wiosny, a może jesieni, stało się jasne, że to właśnie te niepodlegające wątpliwości założenia prowadzą do błędów, które mogą zniweczyć rozmach projektów. Nie uwzględniono w nich poprawki na niestałość fortuny, która toczy się kołem, na zmienny bieg spraw tego świata, na nagłe i nieprzewidziane kaprysy losu. Nie brały pod uwagę przypadkowej przeszkody, która zatrzyma myśl w locie, nie chciały nic wiedzieć o drganiach, przez które ryczące megafony miałyby rozpaść się na kawałki. Im większego przyśpieszenia nabiera rozpędzony tramwaj, tym wcześniej musi się zacząć hamowanie, inaczej nastąpi katastrofa. Dźwig, unosząc co dzień większe ciężary, nieuchronnie się w końcu zawali. Zmęczenie materiału nagle ukaże swoje zaawansowane stadia. Krzywa wzrostu prędzej czy później napotka brzeg planszy i zawiśnie w powietrzu.

Świadomość tego stanu rzeczy narastała stopniowo i nie wstrząsnęła fundamentami miasta. Zdumienie rozłożyło się na długi czas, kiedy to niektórzy zaczynali się czegoś domyślać, a inni nie chcieli o tym słyszeć. Porzucano powoli stare wyobrażenie o naturze rzeczy i z cicha upowszechniało się nowe, w myśl którego to co wielkie — będzie małe, nie zaś jeszcze większe; to co pełne, będzie puste, a to, co wyrasta wysoko, zapadnie się pod ziemię. Rachunki oparte na tych wcześniej nieznanych, cierpkich, gaszących entuzjazm domniemaniach, w praktyce dawały przybliżenia jeśli nie doskonałe, to w każdym razie nieco dokładniejsze, i choć nowe założenia gasiły wiarę i nadzieję, z czasem wyparły te wcześniejsze. Każdy, kto się do nich przekonał, raz na zawsze mógł uwolnić się od pośpiechu, ochłonąć z gorączki, a usta same układały mu się w ironiczny półuśmiech. Nie kiwnąwszy palcem, osiągał to, co przedtem musiałby okupić trudami i cierpieniem: fiasko.

Czy wzięcie poprawki na zmęczenie materiału powinno być oceniane jako przejaw małoduszności? Czy ugodowość wobec naturalnej skłonności urządzeń do psucia się i rdzewienia można nazwać cynizmem? Co było nowe, będzie stare. Nawet najprostsze koła zębate zmierzają od nowości ku starości. Wycierają się z czasem i coraz większą ilość energii zamieniają na coraz mniejszą liczbę obrotów. Tryby świata zwalniały, zarówno z powodu zużycia elementów, jak za sprawą słabnącego zasilania. Wolniej obracały się nieba z gwiazdami i ze słońcem, nawet chmury sunęły wolniej, niemrawo ciągnięte na niewidocznych sznurkach przez zdezelowany motor. Mieszkańcy miasta umieli zreperować tylko to, czego mogli dotknąć. Ukryte instalacje pozostały poza zasięgiem ich rąk, choć to od tych właśnie części zależeć miał przyszły los całości.

Najwięcej energii zużywały instalacje przeznaczone do odprowadzania chaosu poza granicę porządku. Ustępliwie uznano konieczność zapewnienia miastu ich nieprzerwanej pracy — nawet kosztem dźwigów, tokarek, tramwajów, oświetlenia. To one, te leżące poza zasięgiem wzroku najważniejsze elementy infrastruktury, pierwsze zawodziły, gdy zasilanie zaczynało szwankować. A przecież nie było urządzeń ważniejszych niż te. Od nich zależało wszystko, jak od sprawności pomp zależy przetrwanie parowca z dziurawym dnem pośrodku oceanu. Być może bez nich miasto przestałoby istnieć w mgnieniu oka, zatopione przez burzliwe fale przeciwmiasta.

Najbardziej odporne na rozprzężenie okazały się zegary i zegarki: nie potrzebowały stałego zasilania. Wystarczało, by ktoś pamiętał o nakręcaniu. Lecz ruch wskazówek już nie nadążał za chwilą obecną. Na każdy ich obrót wokół tarczy przypadała coraz mniejsza liczba obrotów kółek zębatych we wszystkich innych urządzeniach. Różnica, choć z początku nie bardzo duża, i tak dawała o sobie znać w sprawozdaniach. Na przykład tokarki, które były dumą czasów rozruchu i rozwoju, przy niewielkim spadku obrotów zaczynały wypuszczać same wybrakowane części, co komplikowało montaż i hamowało rozpęd taśmy produkcyjnej. Z pewnego punktu widzenia z maszynami było wszystko w porządku, lecz dla kół zębatych czas płynął już inaczej niż w pięknych czasach ich nowości, z tej też przyczyny zmniejszyła się liczba ruchów rąk przypadająca na minutę. Pracujący przy taśmach byli z tego zadowoleni. Nieoczekiwanie okazało się, że mieszkańcy tego miasta wolą próżnować niż pracować.

Dniówki nie mogły pomieścić w sobie wszystkiego, od czego zależało utrzymanie świata w porządku: odkurzania, froterowania podłóg, reperowania klamek, mycia okien. Niespożyte siły uległy wyczerpaniu, nie wiadomo kiedy. Wiosenne porządki mieszkańcy miasta odkładali z dnia na dzień, aż lato miało się już ku końcowi i zaczynały żółknąć liście. Do obiadu siadali po zmierzchu, kiedy zupa już dawno wystygła. Zawsze widzieli przed sobą spiętrzone zaległości niemożliwe do odrobienia i wszyscy mieli na sumieniu karygodne zaniedbania. Na twarzach zastygał grymas napięcia. Przy kuchennych stołach, gdzie właściciele parujących czajników popijali herbatę z wyszczerbionych kubków, wyrzekano na twórców projektu i nie ufano już nikomu. Pod sznurami z suszącą się bielizną, tu i ówdzie nadprutą, podawano w wątpliwość intencje tych, co stworzyli miasto i pałac z iglicą sięgającą chmur — w którym sami mogliby zamieszkać, gdyby tylko chcieli. Śmiano się z naiwnej wiary, że odmówili sobie przepychu marmurów i luster, gdy wejścia w ich posiadanie nikt by im nie mógł zabronić, i wyrażano przypuszczenie, które samo się narzucało: że twórcy projektu wzgardzili tym wszystkim dlatego jedynie, że potajemnie urządzili dla siebie inne wnętrza, jeszcze wspanialsze od tamtych, marmurowych i lustrzanych, i żyją w nich otoczeni bajecznym zbytkiem, być może gdzieś pod ziemią, tak głęboko, jak wysoko sięga iglica.

Miasto zaczęło budzić w swoich mieszkańcach nigdy niegasnące zniecierpliwienie. W kuchniach szydzono z daremnego trudu froterowania podłóg i z marszów wygrywanych na złotych trąbkach, z tokarek, z wielkich pieców, a nawet z poczekalni pomalowanych żółtą farbą olejną. W razie potrzeby linoleum mogło przykryć zużyty parkiet, kawałek dykty zastąpić szybę, a gazeta stłuczony klosz od lampy. Nikt już nie szukał odpowiedniego klosza ani szyby przyciętej na wymiar futryny, odkąd mieszkańcy miasta zaczęli się domyślać, że każdą rzecz można od biedy zastąpić byle czym. Odkryli, że i słowo można zastąpić innym, pierwszym z brzegu słowem, nie troszcząc się o znaczenie. Wszelką niedoskonałość kwitowali drwiącym śmiechem. Nie dbali już o to, co wspólne, ani o rzeczy, ani o słowa: chcieli tylko świętego spokoju.