— No, chodźże teraz stąd dotąd... a patrz w okna... a nie waż się zdrzemnąć!

— Nie...

— Otóż to... bałwanie! A powiedz no — kiedy masz strzelać?

— Jak kark wysunie...

— No, a jeżeli od razu przez mur?

Milczenie. Słychać jak ktoś ciężko dyszy i czyjeś nogi niecierpliwie tupią o wilgotną ziemię.

— No-o, do stu diabłów!...

— To — bić... — rozlega się lękliwy głos.

— A jak — głowa w oknie — to wtedy co?

Znowu milczenie. Brzęka karabin. Ktoś pluje rozjuszony...