— Nie pamiętam... miesiąc w karcerze siedział, jednak... potem, zdaje mi się, na sądzie jeszcze mu coś dodali, nie pamiętam...
— Co za głupota! — niegłośno, ale z oburzeniem wykrzyknął Misza. — Jacy spaczeni ludzie... i życie... całe życie!
Ciemna twarz starca dziwnie zakołysała się w oknie i, westchnąwszy, czy też poziewając, z wolna wymówił:
— Tak... to racja... życie nie do poprawienia!
Na takich rozmowach starzec i młodzieniec spędzali długie godziny, jeden obojętny i zimny, drugi pełen bezsilnego oburzenia, żałosnego podziwu. Oddzielały ich stare, mocne drzwi, okute żelazem, zjedzonym rdzą, i przez maleńki otwór ich, bezsenny i gadatliwy mieszkaniec więzienia zasypywał duszę młodzieńca posępnym gruzem swych wspomnień. Misza zaczynał uczuwać wewnątrz siebie narodziny czegoś przygniatającego i ciemnego. Rozumiał jednak, że nie więzienie — ten stary murowany i niezgrabny gmach — przytłacza go, ale to wszystko, co widział i słyszał w nim, układa mu się w piersiach jak cegły, i buduje wokół duszy nudne, ciasne, mroczne ściany...
Podczas bezsennych nocy, leżąc na tapczanie, jakby przyciśnięty do niego murowanym sklepieniem, usiłował zorientować się w chaosie tych wrażeń, chciał wycisnąć z nich jednolitą zwartą bryłę i nie mógł...
Jakoś pewnego razu zapytał Oficerowa:
— Posłuchajcie, czyż dobrze wam tu jest?
— Żeby się nie bili, jeszcze niczego... — odparł ospowaty swoim miękkim, cichym głosem.
— Was biją? Kto?