Oficerow przysunął się doń i drżącym głosem wymówił:

— To — co się tyczy Boga... Czy — pan wierzy?

Misza opuścił głowę i po chwili odrzekł z cicha:

— N-nie wiem...

— I ja też nie wiem! — śpiesznie poparł go więzienny dozorca.

— Bardzo o Nim myślę... bo przecież, jeżeli On rzeczywiście... to po cóż wszędzie takie okropności?... I okrucieństwa? Pan — człowiek uczony... po cóż więc okropności i okrucieństwa?

W oczach jego zjawiły się duże mętne łzy, otrząsnął je ruchem głowy i pośpiesznie, nie oglądając się, odszedł.

VIII14

A po ścieżce koło okna Miszy codziennie w skupieniu chodzili wciąż tam i z powrotem, jak zwierzęta w klatce, samotni, posępni, źle ubrani ludzie z wygłodniałymi twarzami i wielce zadumanymi oczyma. Człowiek w marynarce znikł już, obecnie miejsce jego zajął jakiś chudziutki jegomość w okrągłej barankowej czapce i starym sukiennym paltocie rudej barwy. Chodził zawsze bardzo prędko drobnym krokiem, prawie biegł; palto miał śmiesznie luźne, zlatujące z ramion; nieustannie wstrząsał swym drobnym ciałem, usiłując zatrzymać palto na sobie; jego maleńka, rozumna twarz jaśniała uśmiechem, wargi drgały mu bez ustanku, szarpał co chwila cienką i suchą ręką rozwichrzoną, czarną siwiejącą bródkę, kiwał głową... I na tle szarej więziennej ściany, nie wiadomo czemu, człowiek ów przypominał Miszy jasno i wesoło płonącą świecę w dużej, nieprzejrzystej i brudnej latarni...

— Kto to jest, czy nowy? — spytał Misza Kornieja.