— Wasyl Nikitycz...
— Robotnik?
— Kto go tam wie? — spokojnie odpowiedział starzec. — Zdaje się, jakby robotnik... jednak też coś w rodzaju politycznego... a co najważniejsza, błogosławiony... On tu często bywa...
— Bywa! — powtórzył Misza, uśmiechając się. Podobało mu się, że o tym człowieku mówią — „bywa” w więzieniu, a nie „siedzi”.
— To człowiek nieustraszony! — mówił do Miszy Oficerow, jak zwykle ostrożnie się oglądając i zniżając głos do szeptu. — Każdemu potrafi prawdę powiedzieć, prokuratorowi, naczelnikowi... Przyjechał wicegubernator, to i jemu zasolił. Ja, powiada, myślę tak, a pan inaczej... ale, mówi, powinniśmy szanować jeden drugiego, dlatego, że ja jestem człowiekiem i pan człowiek... a poza tym wszystko inne — błąd... I mundur, powiada, nic nie znaczy. Wsadzili go za to na tydzień do karceru. A on roześmiał się i powiada: to już zupełnie nic nie znaczy... wprost — głupota! Czegoż, powiada, dowodzi karcer...
Oficerow wyprostował się nagle i w oczach jego Misza po raz pierwszy ujrzał jakiś nowy blask, niby blask radości.
— I — racja! Bo jeśli ja panu mówię prawdę, a pan mnie za to w pysk... czyż przez to prawda stanie po pańskiej stronie?
— Rozmawialiście z nim? — spytał Misza.
— Nie... co też pan! — odskoczył z przestrachem dozorca. — Ja się boję! Ja — tylko z panem... Pan mówi cicho... a on wcale po cichu nie może mówić... taki już ma głos!
I, uśmiechnąwszy się wstydliwie, wyszeptał: