— Prowadź!

I raptem nieludzkim głosem zawołał:

— A jak na tobie leworwer wisi? Ciapo... popraw... sukinsynie!

IX

Misza gorączkowo chodził po celi, a w okrążającym go półmroku, wlewając się wąską strugą przez lufcik, dźwięczała cicha, żałosna pieśń — brzydka, podobna do dalekiego wycia zgłodniałego wilka:

A-a-a! O-o-oj! e-oj...

I wszystko, co Misza przeżył w ostatnich czasach, wstawało jedno po drugiem w jego pamięci, jakby wskrzeszone tym monotonnym jękiem, wytrwale i uparcie, niby żądając odeń wytłumaczenia.

„Czyn” jego wydał mu się teraz czymś bladym, mało zrozumiałym, jak stary obraz pokryty pyłem i kopciem, a sam sobie wydawał się śmiesznym studentem, niedorzecznie wymachującym rękoma pośród tłumu ludzi, ludzi zmieszanych własną niemocą i zawstydzonych łatwością, z jaką ich pokonała tępa, mechaniczna, ale zorganizowana siła. Zmęczone, złe, obojętne twarze policjantów, pogardliwy wyraz twarzy oficera, do którego Misza wykrzyczał swoją mowę, rewirowy z chorym zębem — wszystko to wypływało w pamięci młodzieńca jak zimna bezsensowna plama, jak zmora, uciskająca jego mózg...

Wstydzili się zapewne naszej niemocy... — myślał Misza i za chwilę już rozumiał, że ci posępni, wąsaci żołnierze, nauczeni i przyzwyczajeni do traktowania ludzi jak bydło, nie mogą się niczego wstydzić i nic więcej czuć nie potrafią, prócz bólu fizycznego i strachu przed siłą, która ich ujarzmiła i porusza nimi dowolnie. Przypomniał mu się woźnica — jak trwożnie zaszarpał lejcami, kiedy nań krzyknął rewirowy. Zadźwięczał obojętny głos człowieka u bramy cyrkułu, człowieka, który mówił o ludziach, jak o klocach drzewa lub cegłach... Przyszła mu na myśl matka Oficerowa, nie protestująca, kiedy jej synowi dano nazwisko podług profesji ojca, a przecież powinna była wiedzieć, że to nazwisko będzie powodem złych i obrażających drwin z jej syna... Może tylko dlatego Oficerow spędził trzy lata jako skazaniec w dyscyplinarnych kadrach... Przypomniała mu się pokojówka naczelnika więzienia, która za dziesięć rubli przebaczyła znęcanie się nad nią... Oficerow na całe życie wystraszony ludzkim okrucieństwem... bezmyślna litość starca Kornieja, który bez szemrania, ulegając cudzej woli, przez osiemnaście lat powtarza wciąż ludziom jedne i te same tępe słowa: nie wolno! — a nigdy nie zapyta siebie — dlaczego nie wolno?

Nawet we śnie ludzie widzą i czują, że ich biją i, owładnięci strachem, krzyczą przez sen dzikimi głosami: