— Nie bij! Daruj...
— Ludzi nie ma, ludzi! — myślał z bólem Misza. — Po ziemi chodzą jacyś dziwni, nędzni wykonawcy cudzej woli — potulni, to znów źli i okrutni, a zawsze niemal — stworzenia bez własnego „ja”. Prawdopodobnie nawet nie rozumieją tego, co bezmyślnie czynią, i żaden z nich nie odważy się, nie jest w stanie wyrzec tych dumnych ludzkich słów — nie chcę! Więzienie wewnątrz ludzi, i całe życie naokół nich — też więzienie...
Misza przystanął pośrodku celi — uczucie jakiejś lepkiej zimnej nudy napełniło mu piersi. Za oknem smutnie chwiała się melodia:
A-a-o-oj...
Miszy poczęło się zdawać, że to w nim, w jego piersi drży i jęczy smutek, ból i gorzki wstyd za ludzi...
— Panie... — rozległ się w celi cichy szept. Misza z radością niemal podszedł ku drzwiom — w otworze pośrodku nich łagodnie błyszczały piękne oczy Oficerowa.
— Co takiego? — zapytał Misza.
— Ja tak sobie... Nie śpi pan?
— Nie...
— W więzieniu bardzo wielu źle sypia... Niech pan wysłucha tych wierszy, jeżeli pan ciekawy...