Pytanie to, jak olbrzymia fala, miękko, ale silnie pchnęła Miszę w pierś, porwała go i zmięła. Bezgłośnie zrobił krok w tył, przysiadł na brzegu pryczy i, mocno wciskając się plecami w kąt pieca, nieruchomo patrzał na drzwi i czekał na coś...

Oficerow zaś spokojnie mówił:

— Była długa... teraz już ją zapomniałem... Wie pan — ja bardzo lubię wiersze... zupełnie nie podobne do tego, co mówią ludzie...

Misza widział, że oczy dozorcy uważnie patrzą na niego; słyszał szelest za drzwiami i jednostajne, smutne dźwięki śpiewu za oknem...

Piec grzał go w plecy, ale w piersiach było mu ciasno i zimno.

— Czy pan niezdrów? — zapytał dozorca. — Pogoda taka nieznośna...

— Nie, nic mi nie jest... — głucho odparł Misza.

Zdawało mu się, że w celi jest duszno, powietrze jakoś dziwnie gęste, przesycone ciężkim, ciepłym szeptem, że trudno oddychać tym powietrzem.

— Niech się pan położy — poradził mu Oficerów. — Czas spać.

I wtem dodał: