W okienku coś przesunęło się, i po chwili ciepłymi płomykami zajaśniały śmiejące się oczy Oficerowa.

— Podobały się panu? — wyszeptał.

W gardle Miszy zrobiło się sucho, w piersiach zabrakło mu tchu. Uporczywie patrzał w piękne oczy dozorcy i raptem zdało mu się, że to sam Oficerów ułożył te wiersze, niewątpliwie on. Po chwili milczenia odrzekł z cicha:

— Tak — podobały mi się... Dlaczego pan myśli, że te wiersze są zakazane?

— Jakże — przecież o prawdzie! A pasują do Wasyla Nikitycza?

— Nie wiem... być może... A pan sam nie pisuje wierszy?

— Ja? — zapytał zdziwiony Oficerow. — Nie... co znowu? Ja — nie mam odwagi... Tylko, będąc jeszcze w wojsku, ułożyłem sobie jedną modlitwę...

— Jaką? Niech pan powie!

Kilka sekund ciszy i — znów w celi ozwał się szelest prostych, serdecznie wypowiedzianych słów:

— Panie, Boże mój! Czemu w ludziach tak wiele okrucieństwa i złości? Boże — czemu?...