Dzikie ziele

Rano do dnia1 Marynka szorowała skopki2 i bańki przy małym stawie. Było jeszcze szaro. Liście drzew stojących ponad wodą wisiały nieruchomo, a tarcie wiechcia o żelazne obręcze budziło odgłos na drugim brzegu. Za drogą w dworskim ogrodzie coś wzniecało w krzakach jakby kaszlnięcia i szeptania.

Podwórze majaczyło we mgle buro i niewyraźnie. Po małym czasie zaczęło się tam jednakże coś rozlegać i na drogę wypłynął wóz, cicho sunąc po szarym piachu i postukując niegłośno. Fornal3 siedział bokiem, z bosymi nogami zwieszonymi przez drabki, pogrążony w gwizdaniu.

Gdy zobaczył dziewczynę między wierzbami, przestał gwizdać i zakrzyczał w jej stronę:

— Mogłabyś ty kiecuchny4 barzy5 podnieść i te giry6 umyć, kiej7 u wody stojas8, nie s takiemi cornemi9 chodzić!

Marynka wyprostowała się, żeby zobaczyć, kto jedzie, gdyż mówił nie po tutejszemu. Ma się rozumieć — nie był to żaden z fornali, tylko bandos10, nazwiskiem, o ile pamiętam, Słupecki.

Jechał widać za Banasiaka, bo jego końmi, a o Banasiaku wczoraj mówili, że na brzuch leży.

Zobaczywszy, jak rzeczy stoją, Marynka odgryzła się napastnikowi:

— Ty cyganiaty11 wytrzyścu, byś ty trzy dni swoje mył, to jeszcze moje bydom12 bielsze, choć uszargane!

Zaczął coś wołać w odpowiedzi, lecz nie było już słychać, gdyż wóz wjechał na twardą drogę i gruchocząc skręcał koło drugiego stawu ku wiatrakowi.