Chcąc się bardziej zabezpieczyć przeciwko słyszeniu, co mógł do niej mamrotać, Marynka sarknęła coś w otwór cynkowanej bańki, aż echo w niej zadudniło, i zaczęła śpiewać:

Miałam jednego brata... — Zaś rozpędziwszy się prześpiewała jeszcze kolejno: — Nie dbam, nie dbam, że mnie nie szanujesz...Księże, księże... oraz — A pod moją klaczą podkowy kołaczą...

Gdy na ostatku zaczynała: — Mówiom ludzie, żem ładna... — zadzwonili do doju.

Ludzie ruszali się już koło szopy, w szorowni13 u stelmacha14 i przy chlewach; mgły się poodwijały i wszystko rzeźwo stanęło w rumianym złocie poranka.

Marynka ścisnęła oczy i przypatrzyła się mostkowi, przez który była droga do czworaków.

— Co ich nie widać? — spytała sama siebie.

Dójki15 wynurzyły się niespodzianie z furtki dworskiego ogrodu.

— Tośta16 po mnie chodziły do kuchni? — spytała najmłodszych, z którymi miała dobrą znajomość.

— Nie — odparły ze śmiechem. — Aleśmy przelazły bez17 dziurę w angryście18 i zaś sadem.

— Sadowy nie widzioł19?