— Uo... on ta bydzie patrzył na dziki angryst. Ale i tak jeszcze cierpki.

Pozbierały bańki, skopki, wiechcie i ruszyły do doju.

W dzwoniącej łańcuchami oborze trwał chrupiący niegłośny hałas żucia, mleka strzykającego w naczynie i kroków stąpających po zgnojonej słomie.

Krowy myczały od czasu do czasu, a ta, która stała przy samych drzwiach, przestawała niekiedy ruszać gębą i patrzyła sztywno, jak blade strugi mleka ciekły przez skręt chłodnika i ze świegotem kapały do naczynia. Na chłodnik dawał baczenie20 garbaty mleczarz Dionizy. Przyciągał powązki21, gdy dójki zlewały mleko, oganiał muchy, które brzęczały dokoła, zmieniał nagrzaną wodę, a potem siedział i przyglądał się, jak wlatywały do obory czyste granatowe jaskółki. Ich szczebiot mocniej się rozlegał tu w brunatnej ciemności niż na dworze. Pomiędzy wiązaniami stropu widać było migotanie ich białych piersi z ceglastym ognikiem na gardle.

— Nastąp22 się — mówiły od czasu do czasu dójki — i — fitu-fitu, fitu-fitu — szczebiotały bystre jaskółki. Dionizemu zachciało się spać od tych głosów.

— Co to Marynka dzisiaj nic nie mówi? Zawdy23 tak śpiewo, to czymu24 tera25 nie? — zapytał, by się roztrzeźwić.

— Ady dzięka Bogu, że raz wyć przestała — rzekł zgryźliwie pastucha26 rozgrzebując widłami ciepłą zielonkę.

Słysząc te słowa, choć nie miała chęci, na złość zaczęła śpiewać pioseneczkę niedokończoną nad stawem:

Mówiom ludzie, żem ładna,

a to prowda27 nie żadna,