Marynka wyszła ze stancji na kuchnię i stanęła oko w oko ze Słupeckim.

— Niech bandzie pokwalony65!

— Na wieki.

Podszedł blisko. Powiedział, że u nich jest dzisiaj granie przed kuchnią i czyby nie przyszła. Rzekł to po cichu, jakby w sekrecie.

— Co ni mom przyńść66 — odparła bez wahania, gdyż iść na tańce była to rzecz zwyczajna.

— No to dali67 — przyzwał nagląco.

— Marynka, chto ta po nocy przylos68? — zaskrzypiała już spod pierzyny kucharka.

Marynka poczuła się w nieprzyjemnej spółce i wstydziła się przed starą o tym mówić.

— Nic, nic — odparła mrukliwie.

Wyszli razem, ale gdy się znaleźli w ciepłych zmrokach, skoczyła między jaśminy. Nie uskoczyła daleko. Słupecki okazał się chybszy69 i przytrzymał ją, aż zajęczała. Przytrzymał i nakierował na ścieżkę tak, że musiała iść.